Skończyłam czytać i podniosłam wzrok, obserwując reakcję zebranych. Mama, Laura i Hania wycierały łzy. Zbyszek patrzył na mnie dziwnym wzrokiem, a reszta nie wiedziała po prostu co ma powiedzieć lub zrobić.
- Faktycznie mi lepiej.. - zmarszczyłam brwi, mówiąc jakby do siebie.
- Kochanie.. - powiedziała cicho Laura, podchodząc do mnie i przytulając mnie. To samo zrobili rodzice i Hania.
- Dobra.. Strasznie głupio się czuję, więc wróćmy do rzeczywistości.. - poprosiłam. Nie lubiłam takich sytuacji.
- Zaraz będzie obiad. - odparła Laura, a ja posłałam jej uśmiech pełen wdzięczności.
- Julka możemy porozmawiać? - spytał Zbyszek, wstając z kanapy. Zrobiłam to samo i oboje weszliśmy do mojego pokoju. Zamknął za nami drzwi i bez słowa podszedł do mnie i mnie pocałował. Kompletnie się tego nie spodziewałam i dopiero po chwili odwzajemniłam pocałunek. Odsunął się powoli i popatrzył mi w oczy.
- To ja na ciebie nie zasługuję i nie wyobrażam sobie tego, żebym kiedykolwiek pokochał kogoś tak mocno jak ciebie. - szepnął, po czym ponownie musnął moje usta. Po długim, delikatnym pocałunku odsunęliśmy się od siebie.
- Kocham Cię.. - westchnęłam, wtulając się w jego ramiona.
- Pójdziesz ze mną na obiad do rodziców? - spytał, a ja popatrzyłam na niego zaskoczona.
- Dzisiaj?
- Tak. Zaprosili nas. Bardzo im zależy, żebyś była.
- Nie wiem czy to dobry pomysł.. Czy to nie za szybko..
- Proszę. - popatrzył na mnie błagalnym wzrokiem. - Chciałbym, żebyś ich poznała.
- W co ja się ubiorę? - spytałam, marszcząc brwi i ruszając w stronę garderoby.
- Rozumiem, że się zgadzasz. - powiedział wesołym tonem, patrząc jak wyrzucam ubrania z szafy.
- Ta.. - mruknęłam, zastanawiając się, czy lepiej założyć sukienkę, czy spódnice.
- Nie będę ci przeszkadzał.. Poinformuję resztę, że zjemy poza domem i czekam przy samochodzie. - odparł, lekko się śmiejąc. Po dziesięciu minutach w końcu się zdecydowałam. Poprawiłam makijaż i wyszłam z pokoju. Pożegnałam się ze wszystkimi, ubrałam płaszcz i dołączyłam do Zbyszka, który czekał na mnie w aucie.
- Jeszcze trochę i dojechalibyśmy na kolacje.. - pokręcił głową, odpalając samochód.
- Wybacz, ale mogłeś mnie uprzedzić.. Poszłabym na zakupy.. - odparłam, zapinając pas.
- Wyglądasz perfekcyjnie. - wyszczerzył się do mnie.
- Skąd wiesz? Mam na sobie płaszcz.. - westchnęłam.
- Ale ty zawsze wyglądasz cudownie, więc mogę z góry założyć, że dzisiaj też tak jest.. - zaczął się tłumaczyć, na co ja wybuchnęłam śmiechem.
- Dobra, dobra.. Będzie twoja siostra?
- Nie mam pojęcia. Z nią nigdy nic nie wiadomo.. - odpowiedział.
Po niecałej godzinie dojechaliśmy na miejsce. Wysiadłam z auta i poprawiłam włosy. O dziwo, zaczęłam się stresować. Do tej pory takie sytuacje nie robiły na mnie większego wrażenia. Zbyszek złapał mnie za rękę i razem weszliśmy do domu. Już w przedpokoju przywitali nas jego rodzice. Na szczęście była też Kasia.
- Widzisz nie pomyliłem się.. Wyglądasz perfekcyjnie.. - szepnął mi na ucho, gdy oddawałam mu płaszcz. Uśmiechnęłam się i zajęłam miejsce, na przeciwko jego mamy.
- Cieszę się, że w końcu cię poznałam. Zbyszek dużo nam o tobie mówił.. - powiedziała z serdecznym uśmiechem.
- Nawijał jak najęty.. - dodała Kasia. - Jeszcze o żadnej dziewczynie, aż tyle nie mówił..
- Przestań. - przerwał jej Zibi, zarumieniony.
- W każdym bądź razie wiemy, że jesteś doskonała pod każdym względem. - dodała, uśmiechając się do niego złośliwie.
- Kaśka.. - jęknął.
- Znowu się zaczyna.. - zaśmiała się ich mama. - Od dziecka się przedrzeźniają. Masz rodzeństwo?
- Nie, niestety.. - pokręciłam przecząco głową.
- Nic nie straciłaś.. Chętnie bym się z tobą zamienił. - powiedział Zibi, pokazując język siostrze.
- Milej, bo opowiem jej kilka historii z twojego dzieciństwa.. Na przykład o twoim pierwszym pocałunku. Po tym wszystkim był w takim szoku, że przez kilka godzin chodził czerwony jak burak i do nikogo się nie odzywał. - wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem, a Zbyszek jedynie wypełnił całą buzie jedzeniem.
- A czym zajmują się twoi rodzice? - spytał, tym razem pan Bartman.
- Oboje są prawnikami. Wcześniej mieli wspólną kancelarię we Wrocławiu, ale po rozwodzie tata przeniósł się do Warszawy.
- Nie chciałaś iść w ich ślady?
- Nie, zdecydowanie nie. Prawo jest dla mnie.. zbyt nudne. Nie wiem czy wytrzymałabym siedząc codziennie po 8 godzin w papierach. Poza tym nie mogłabym bronić przestępcy.
- A studiowałaś coś? Czy od razu zaczęłaś śpiewać? - spytał. Może jedynie mi się wydawało, ale odniosłam wrażenie, że uważa mnie za jedną z wielu pustych, niewykształconych celebrytek.
- Skończyłam fizjoterapię, którą mam zamiar się zająć, gdy skończę karierę. - odpowiedziałam.
- Masz zamiar kończyć? - spytała Kasia, krztusząc się przy tym sokiem.
- Gdy założę rodzinę i pojawi się dziecko. Nie wyobrażam sobie wychowywać go i w tym samym czasie koncertować i grać w filmach.
- Byłbym wdzięczny, gdybyście skończyli przesłuchiwać Julkę. - mruknął Zbyszek, kręcąc głową.
- My jej nie przesłuchujemy tylko chcemy ją lepiej poznać.. Nie masz nam tego za złe, prawda? - spytał pan Bartman.
- Nie, skąd. - odpowiedziałam automatycznie.
- Ostatnio oglądałam film z tobą w roli głównej.. Byłaś naprawdę świetna. - powiedziała jego mama, uśmiechając się do mnie.
- Dziękuję.
- Wiem, że nie powinnam o to pytać, ale planujecie wspólną przyszłość?
- To znaczy.. - zaczęłam, patrząc na Zbyszka, szukając pomocy.
- Jeszcze o tym nie rozmawialiśmy. - odparł. Popatrzyła na nas i uśmiechnęła się pod nosem. Nie wiedziałam jak mam to interpretować, ale wydawało mi się, że nie miałaby nic przeciw temu. Dokończyliśmy obiad, rozmawiając o siatkówce.
- Bardzo się cieszę, że mogłam państwa poznać. - powiedziałam, stojąc na przedpokoju.
- My również się cieszymy. - odpowiedział pan Bartman, który ostatecznie się chyba do mnie przekonał.
- Mam nadzieję, że niedługo się zobaczymy. - dodała jego żona, przytulając mnie.
- Na pewno. - odparł Zbyszek, żegnając się ze wszystkimi. Otworzył mi drzwi i wyszliśmy razem przed dom. Wzięłam głęboki oddech, gdy zostaliśmy sami i ruszyłam w stronę auta. - I jak wrażenia?
- Bardzo pozytywne. Mam nadzieję, że twoi rodzice mają takie same.
- Polubili cię, uwierz. - powiedział łapiąc mnie za rękę. Wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w stronę domu. Gdy pojechaliśmy przed drzwiami zobaczyłam zniecierpliwionego Igłę, który chodził w tą i z powrotem.
- Nareszcie! - krzyknął na nasz widok. - Zbyszek leć po walizkę i jedziemy. Trener nas zabije, jeśli nie będziemy za 2 godziny w Rzeszowie.. - Bartman popatrzył na zegarek i bez słowa wbiegł do domu.
- Dziękuję, że przyjechałeś. - zwróciłam się do niego.
- Nie ma za co. - powiedział, przytulając mnie. - Jesteś moją najlepszą przyjaciółką. Nie zostawiłbym cię z tym wszystkim.
- Jesteś kochany..
- Ej, ej.. Ja mam żonę i dzieci.. Wiem, że jestem wspaniały i można się we mnie zakochać, ale muszę cie zranić.. Kocham Iwonę..
- Co jest? - Zibi wybiegł z torbą w ręce i popatrzył na mnie.
- Igła sobie marzy... - zaśmiałam się.
- Dobra gołąbki.. Ja idę do samochodu. Daje wam 2 minuty.. - powiedział, po czym ruszył w stronę auta. Zbyszek przyciągnął mnie do siebie i delikatnie musnął moje usta.
- Będę tęskniła.. - szepnęłam, patrząc mu prosto w oczy.
- Ja bardziej.. Będziemy rozmawiać codziennie. Możesz przyjechać do mnie do Rzeszowa, a ja cię odwiedzę jak będę miał wolne. Już niedługo święta.. Wtedy na pewno się zobaczymy.
- Chcesz je spędzić ze mną?
- Zdecydowanie. - odparł i znów mnie pocałował. Przerwał nam dźwięk klaksonu, którego użył Igła. - Chyba muszę już iść.. - westchnął. - Pamiętaj o wizytach u psychologa.
- Romantykiem to ty nie jesteś.. - wywróciłam oczami i go odepchnęłam. - Zamiast wyznać mi jak bardzo będziesz tęsknił, ty wyjeżdżasz mi tu z psychologiem.
- Wybacz.. Kocham Cię i będę tęsknił jak wariat. - uśmiechnął się i cmoknął w usta.
- Lepiej. Idź bo Igła cie zabije.. - zaśmiałam się lekko. Zagryzłam lekko usta, patrząc jak odchodzi. Do oczu napłynęły mi łzy, ale nie chciałam, żeby to zobaczył. Pomachałam im jeszcze i weszłam do domu. Musiałam nauczyć się żyć bez Zbyszka.
Oczami Zbyszka..
Wróciłem do Rzeszowa i moje życie znów stało się rutyną. Jedyne co się zmieniło to to, że byłem szczęśliwy. Cholernie szczęśliwy. Codziennie rozmawiałem z Julką przez telefon lub przez skype'a. Z dumą patrzyłem jak wraca dawna Jula Coraz częściej się śmiała, gadała jak najęta i jadła. To ostanie wróciło całkowicie do normy. Nie miała problemu z tym, żeby o północy zrobić sobie talerz gofrów z podwójną bitą śmietaną. Zajęła się również swoją karierą. Po tym wszystkim napisała kilkanaście przecudownych piosenek o życiu, miłości, przyjaźni i śmierci. Wszystkie umieściła na płycie, która po kilku tygodniach osiągnęła status platynowej, a później diamentowej.
Tydzień przed świętami urządziliśmy męski wieczór. Mieliśmy przy piwie i jedzeniu obejrzeć mecz Skry i Zaksy.
- Spędzasz święta z Julką? - spytał Pit po pierwszym secie.
- Wigilię u rodziców, a potem wszyscy spotykamy się u niej. - odpowiedziałem, otwierając kolejne piwo. - Która godzina?
- 20. - mruknął Kosok.
- Przełączcie szybko na MTV! - krzyknąłem.
- Po co? - spytał Igla i ociągając się wziął pilot do ręki.
- Jest rozdanie nagród i Julka jest nominowana. O 20 miała być właśnie kategoria najlepszej piosenkarki tego roku. - wyjaśniłem szybko. Prowadząca gali właśnie przedstawiała nominowane artystki. Potem na scenę wyszedł Snoop Dog z kopertą i statuetką. Po zbyt długiej przemowie i chwili napięcia krzyknął "Julie". Kamery zostały skierowane na nią, żeby pokazać jej reakcję
- Ona jest przepiękna.. - westchnąłem, nie mogąc od niej oderwać wzroku.
- Myślałem, że nie może być nic gorszego, niż głodny Bartman.. Teraz wiem, że zakochany Bartman jest jeszcze gorszy.. - stwierdził Igła, patrząc na mnie z otwartymi ustami. Nie słuchałem go. Patrzyłem na nią i słuchałem jej podziękowań, uświadamiając sobie po raz kolejny jak wielkim szczęściarzem jestem.
Oczami Julki..
Jak zwykle w Boże Narodzenie obudziłam się wcześnie. W piżamie pobiegłam do kuchni i zastałam w niej już wszystkich. Siedzieli przy stole i jedli śniadanie. Usiadłam obok taty i nałożyłam kilka naleśników na talerz. Po śniadaniu wszyscy razem wybraliśmy się na spacer po Łazienkach. Wróciliśmy o 13 i zaczęliśmy przygotowywać się do obiadu, na który zaproszony był Zbyszek z rodzicami. Gdy skończyliśmy, przebrałam się i zeszłam na dół. O równej 15, usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Poszłam otworzyć i na progu zobaczyłam rodzinę Bartmanów w komplecie.
- Wybacz.. Mówiłem, że nie jest mile widziana, ale uparła się i wcisnęła się do auta. - rzucił Zbyszek na wstępie, uśmiechając się złośliwie do Kasi. Zapoznałam wszystkich ze sobą i zajęliśmy miejsca przy stole. Czułam się skrępowana, ale jako pierwszy zabrał głos Zbyszek.
- Korzystając z okazji, że jesteśmy tu wszyscy, chciałbym coś zrobić. - odchrząknął. Wstał, wziął mnie za ręce i gdy ja również wstałam z miejsca uklęknął przede mną. Zakryłam usta dłonią, nie wierząc, że to dzieje się naprawdę. - Julka.. Po tym wszystkim co przeszliśmy jestem pewien, że jesteś tą z którą chce się zestarzeć. Wiesz, że cię kocham i nie wyobrażam sobie życia bez ciebie. Wyjdziesz za mnie? - spytał i wyjął małe, czerwone pudełeczko, a gdy je otworzył zobaczyłam pierścionek zaręczynowy
Nie mogłam wydusić z siebie słowa. Jedynie skinęłam lekko głową. Włożył mi pierścionek na palec i wstał. Nie zważając na to, że jesteśmy przy całej rodzinie, która teraz biła brawo, ujął moją twarz w dłonie i pocałował, tak jak jeszcze nigdy dotąd.
__________________________
Tak więc koniec płaczu :) Udało mi się skończyć go na czas :) Bardzo, bardzo proszę o komentarze :)
Kolejne opowiadanie o siatkarzach? Być może. Historia młodej piosenkarki i aktorki, która wydawać by się mogło jest prawdziwą szczęściarą spełniającą marzenia.. Nic bardziej mylnego.. Jej marzenie to boisko, piłka i siatka.. Co się stało, że skończyła na scenie? I jaką rolę w tej całej opowieści będą mieć siatkarze, a szczególnie jeden?
niedziela, 15 września 2013
czwartek, 12 września 2013
Rozdział XXXII - "Na naszej drodze życia stają ludzie, którzy potrafią dać sercu duchową strawę, powodując, że rozkwita jak kwiat."
Weszłam do domu jako pierwsza. Dziwnie czułam się przekraczając próg. Nie sądziłam, że jeszcze kiedyś będzie mi to dane. Weszliśmy do salonu, gdzie gromadka ludzi krzyknęła głośno "Niespodzianka". Stałam jak sparaliżowana, nie bardzo wiedząc co się dzieję. Każdy się przepychał, chciał mnie przytulić, pocieszyć. Zdezorientowana, szukałam wzrokiem Zbyszka, ale tłum wokół mnie całkowicie zasłonił mi resztę salonu. Patrząc na tych ludzi zdałam sobie sprawę, że nie tylko Zbyszek i rodzice będą cierpieć po mojej śmierci. Mam tutaj grupę ludzi, którzy mnie kochają i którzy równie mocno przeżyją moją śmierć. Poczułam się jeszcze gorzej. Wysłuchałam każdego i w końcu zajęliśmy miejsca na kanapach. Usiadłam obok Zbyszka, bo tylko przy nim nie czułam się obco. Każdy się przekrzykiwał, wchodził sobie w słowo. Nie wiedziałam kogo słuchać. W mojej głowie szumiało. To było zdecydowanie za dużo jak dla mnie. Wzięłam głęboki oddech.
- Pójdę do łazienki. - szepnęłam do Zbyszka. On skinął jedynie głową, a ja wstałam i ruszyłam w stronę drzwi, ignorując przy tym pytania o to dokąd idę. Zamknęłam drzwi łazienki i usiadłam na zimnej podłodze. Po policzkach spływały mi łzy. Co się ze mną dzieje? Kim ja jestem? Dlaczego siebie nie poznaje? Przypomniałam sobie radość w oczach zebranych ludzi w salonie, gdy mnie zobaczyli i coś ścisnęło mnie w gardle. Nie zasługują na to, żeby cierpieć z powodu mojej śmierci. Nie jestem warta ich łez i bólu. Wyobraziłam sobie Justina i Laurę stojących nad moim grobem i pojedyncze łzy zamieniły się w cieniutkie strumyki. Ale co ja mogę zrobić? Moja śmierć jest nieunikniona. Mam pozwolić im się mną nacieszyć? Spędzić z nimi trochę czasu, a potem zasnąć i nigdy więcej się nie obudzić? Nie mogę tak. Nie wytrzymam tych spojrzeń pełnych litości. Pod nieszczerymi uśmiechami będą skrywane słowa "Muszę się na nią napatrzeć. Jeszcze trochę i odejdzie". Nie chciałam tego. Wolałam odejść niespodziewanie bez tego całego wyczekiwana. Skrócę okres cierpienia wszystkich. Wzięłam z najniższej półki pudełeczko z lekami i wysypałam na rękę kilkanaście tabletek.
- Julka wszystko w porządku? - usłyszałam głos Zbyszka - Jula otwórz.. - poprosił. Zacisnęłam dłoń mocno w pięść. Nie byłam w stanie wydusić z siebie słowa. Może chciałam, żeby mi przerwał? W końcu otworzył drzwi i popatrzył na mnie z przerażeniem. - Julka.. - szepnął, podbiegając do mnie i przytulając mnie mocno. Siłą wyjął mi tabletki z ręki i wrzucił do sedesu. Wtuliłam się w jego ramiona i zaczęłam płakać jak małe dziecko.
- Nigdy. Więcej. Tego. Nie. Rób. - wycedził przez zaciśnięte zęby. W tych pięciu słowach zawarł strach, przerażenie, panikę, niepokój i zdenerwowanie. - Wstań z tej zimnej posadzki, bo się przeziębisz. - powiedział już spokojniej. Oddalił mnie od siebie i sam powoli się podniósł.
- Nie chce tam wracać.. - szepnęłam, pociągając żałośnie nosem.
- Spokojnie, pójdziemy na górę. - odparł i złapał mnie za rękę. Ruszyliśmy w stronę mojego pokoju.
- Pójdę się wykąpać. - mruknęłam, gdy weszliśmy do mojego pokoju. Popatrzył na mnie podejrzliwie. - Nie bój się. Obiecuję, że nic nie zrobię.
- Nie zamykaj drzwi. - powiedział stanowczo, odprowadzając mnie wzrokiem. Cudownie, widocznie będę teraz pod stałym nadzorem. Weszłam do wanny z gorącą wodą i głośno westchnęłam. Chciałam się zrelaksować, nie myśląc o niczym, ale jedna myśl nie mogła mi dać spokoju. Gdyby Zbyszek wszedł 2 minuty później, już bym nie żyła. Chociaż był to mój wybór to i tak przeraziła mnie ta wizja. Może nie chciałam umierać? Do oczu znów napłynęły mi łzy, gdy przypomniałam sobie, że za jakiś czas już mnie nie będzie. Wyszłam szybko z wanny. Nie chciałam być sama. Założyłam swój ulubiony dres i wróciłam do pokoju. Położyłam się obok Zbyszka na łóżku i wbiłam wzrok w sufit. Odwrócił się w moją stronę i popatrzył na mnie z troską.
- Dlaczego chciałaś to zrobić? - spytał, krzywiąc się na wspomnienie tamtej sceny.
- I tak umrę. Po co to ciągnąć?
- Ja też umrę, każdy z nas umrze, ale nikt nie popełnia z tego powodu samobójstwa. - odparł zdezorientowany.
- Ty masz całe życie przed sobą. A ja.. Nie wiadomo ile czasu mi pozostało. Nic mi nie mówicie. Macie mnie za kompletną wariatkę, oglądającą ściany. Jestem dorosła i mam prawo wiedzieć kiedy umrę! - powiedziałam zdenerwowana.
- Julka o czym ty mówisz? Nie ukrywamy nic przed Tobą. Nie umrzesz. Rozmawiałem z lekarzem. Powiedział, że wszystko jest w porządku. Pomyśl, przecież gdyby było źle nie wypisałby cię do domu.. Skąd ci to w ogóle przyszło do głowy?
- Nie chcę o tym rozmawiać. - odpowiedziałam stanowczo. - Możesz nie mówić nikomu o tej sytuacji w łazience? - poprosiłam.
- Jeśli obiecasz mi, że pójdziesz do psychologa.
- Po co? - spytałam, oburzona. Nie odpowiedział, tylko patrzył na mnie wyczekująco. - Dobrze, zgoda. - westchnęłam i przykryłam się kołdrą. Objął mnie ramieniem i razem zasnęliśmy.
Następnego dnia o 12 siedziałam już w poczekalni razem ze Zbyszkiem, czekając na panią psycholog. Byłam do tego wszystkiego sceptycznie nastawiona, ale nie chciałam, żeby Bartman powiedział komuś o tym co się wczoraj stało.
- Nie musiałeś tu ze mną przychodzić. Nie rzuciłabym się pod samochód. - mruknęłam.
- Nie martwiłem się o to. Bałem się raczej tego, że się rozmyślisz i tutaj nie przyjdziesz.
- To jest bez sensu. Nie potrzebuje żadnego psychologa.
- Wczoraj udowodniłaś, że jednak potrzebujesz.
- A ty nie musisz wracać do Rzeszowa?
- Masz mnie już dość?
- Dziwisz mi się? Od wczoraj zachowujesz się jak mój cień.
- A ty mi się dziwisz? - spytał, tracąc powoli cierpliwość. Naszą kłótnie przerwała pani psycholog, zapraszając mnie do gabinetu. - Poczekam tu..
- Serio? Nie spodziewałam się,że zostaniesz. - rzuciłam przez ramie i weszłam do pomieszczenia. Nie miałam zamiaru rozmawiać z tą kobietą. Dlaczego miałabym się zwierzać obcej osobie? Nie dawała jednak za wygraną i dla świętego spokoju, zaczęłam mówić. Na początku rozmowa była przerażająco nudna. Nie, to nie była rozmowa. To był mój monolog, w którym przedstawiałam w skrócie swoje życie. Słuchała cierpliwie moich opowiadań o babci, siatkówce i muzyce. Siedziałam jak na skazaniu z myślą, że po upływie dwóch godzin będę już wolna.
- Co czułaś gdy dowiedziałaś się, że masz wadę serca? - spytała, gdy skończyłam mówić.
- A jak pani myśli? Na początku byłam przerażona, ale po rozmowie z lekarzem miałam nadzieję, że z tego wyjdę.
- Dlaczego nie powiedziałaś o tym nikomu? Nie chciałaś mieć wsparcia w tych trudnych chwilach? - pytała dalej, a ja musiałam się teraz chwilę zastanowić zanim odpowiedziałam.
- Jak już wspomniałam.. Nigdy nie byłam normalną, zwykłą dziewczyną. W szkole byłam popularną siatkarką, dodatkowo bogatą. Każdy chciał się ze mną przyjaźnić. Potem wyjechałam do USA i zrobiłam karierę. Ludzie kręcili się wokół mnie tylko ze względu na to, że byłam sławna. To się zmieniło, gdy poznałam Laurę, Justina, siatkarzy, Zbyszka.. W końcu czułam się jak w jednej wielkiej rodzinie. Wiedziałam, że lubią mnie za to jaka jestem, a nie dlatego, że jestem sławna i bogata. Nie jestem nauczona dzielić się takimi sprawami z innymi. Odkąd zmarła babcia, nie miałam osoby do której mogłabym się zwrócić z problemami. Stałam się niezależna. Nie chciałam wciągać w swoje problemy innych i ich tym zadręczać.
- Nie sądzisz, że od tego są przyjaciele? Nie uważasz, że po to ich masz, żeby wspierali Cię w takich momentach?
- Jestem pewna, że okazaliby mi wsparcie, ale.. Ja po prostu głupio się czuję z tym, że wszyscy się mną tak przejmują. Każdy chce mi pomóc. Gdy wróciłam każdy mnie pocieszał. Od zawsze byłam nauczona radzić sobie sama ze wszystkim. Nie miałam wsparcia u rodziców, więc nie miałam jak do tego przywyknąć. Mam nieodparte wrażenie, że nie daje im nic w zamian, że jestem egoistką.
- Podziękowałaś im kiedyś za to?
- Dziękuję im za poszczególne sytuacje, słowa, ale moim zdaniem to za mało. Zasługują na coś więcej.
- Mam dla Ciebie propozycję. Napisz list, w którym podziękujesz za to i przeczytaj go im. Na pewno to docenią.
- Tak właściwie.. To ja już napisałam taki list.. Gdy byłam w szpitalu i myślałam, że z niego nie wyjdę.
- Pokazywałaś go komuś? - spytała. Pokręciłam przecząco głową. - No to mam dla ciebie prace domową. Jak pojedziesz do domu, zbierz wszystkich, którym chcesz za coś podziękować i przeczytaj im ten list.
- To jest głupie..
- Nie, to naprawdę ci pomoże. Czujesz, że czerpiesz korzyści z tej przyjaźni, nie dając nic w zamian. Zobaczysz ile znaczyć będą te podziękowania dla twoich bliskich. A teraz powiedz mi dlaczego chciałaś popełnić samobójstwo?
- Powiedział pani? - oburzyłam się. Nie odpowiedziała, tylko czekała, aż zacznę mówić. Naprawdę była dobrym psychologiem. Sama nie wiedziałam dlaczego jej to wszystko mówię. - Chciałam oszczędzić wszystkim cierpienia... - dopiero teraz dotarło do mnie jakie to głupie. Przecież Zbyszek powiedział, że nie umrę. A co jeśli on nie kłamie?
- Chciałaś oszczędzić cierpienia innym popełniając samobójstwo?
- Byłam przekonana, że umrę.. - mruknęłam, jakby do siebie.
- Przecież jesteś zdrowa. Przed terapią dzwoniłam do twojego doktora. Nie mógł powiedzieć dużo, ale z tego co wiem twoje życie nie jest zagrożone.
- Jeszcze wczoraj myślałam, że nikt mi nic nie mówi.. - złapałam się za głowę. Gubiłam się już w tym wszystkim.
- Co się zdarzyło od wczoraj, że zmieniłaś zdanie?
- Nie wiem.. - wzruszyłam ramionami. - Rozmawiałam jedynie ze Zbyszkiem..
- Powiedział ci, że będziesz żyć? - spytała, a ja skinęłam głową. - Uwierzyłaś?
- Najpierw na niego nakrzyczałam, ale teraz zdałam sobie sprawę z tego, że nigdy mnie nie okłamał..
- I teraz też tego nie zrobił. Masz całe życie przed sobą. - mówiła, patrząc mi prosto w oczy. - Jesteś młoda, piękna, świat stoi przed tobą otworem. Wyrzuć te wszystkie negatywne myśli z umysłu. Rozumiem, że przeszłaś wiele, ale musisz wrócić do normalności. Masz ludzi, którym na tobie zależy, nie zadawaj im bólu swoim zachowaniem. - dodała. - Na dzisiaj to wszystko. Przemyśl sobie dokładnie to co ci powiedziałam i pamiętaj o pracy domowej.
- Dziękuje. - powiedziałam cicho, wstając. Wyszłam z gabinetu zamyślona. Próbowałam poukładać sobie myśli, ale miałam ich zdecydowanie zbyt dużo.
Pół godziny później byliśmy już w domu. Wszyscy czekali na obiad. Całą drogę zastanawiałam się, czy to na pewno dobry pomysł, aby przeczytać im ten list. Co mi szkodzi? Może poczuję się lepiej, a im zrobi się miło? Zawołałam wszystkich do salonu i wyjęłam mały skrawek papieru, na który przelałam wszystkie uczucia, które towarzyszyły mi w szpitalu. Panowała idealna cisza. Siedziałam na fotelu, czując na sobie spojrzenia wszystkich zebranych. Wzięłam głęboki oddech i zaczęłam czytać.
Kochani!
Przepraszam, że piszę do Was zbiorowo, ale nie mam wystarczająco dużo kartek, żeby naskrobać coś do każdego z osobna. Leżę w szpitalu już miesiąc. Po raz kolejny przepraszam... Nie powiedziałam Wam, że jestem chora. Chciałam się zmienić. Nie chciałam być więcej egoistką, myślącą wyłącznie o sobie. Po wyjściu ze szpitala chciałam zacząć nowe życie. Jako inna, lepsza osoba. Ten miesiąc spędzony tutaj naprawdę mnie zmienił. Dostrzegłam swoje wady i błędy, które popełniłam w całym swoim życiu. Przemyślałam co tak naprawdę jest ważne. Doszłam do wniosku, że byłam cholerną szczęściarą, mając Was wszystkich przy sobie. Może wcześniej tego nie doceniałam, ale teraz wiem ile dla mnie robiliście i chce Wam za to wszystko podziękować.
Lauro, wiesz jak bardzo ważną osobą byłaś w moim życiu. Zastępowałaś mi rodziców, dbałaś o mnie i wspierałaś w trudnych momentach. Jesteś cudowną osobą i cieszę się, że tata trafił właśnie na Ciebie. W dniu, kiedy pierwszy raz się spotkałyśmy zyskałam najlepszą przyjaciółkę i opiekunkę. Dziękuję.
Mamo, choć nie byłyśmy blisko, to wiedz, że Cię kocham. Pamiętam, gdy byłam mała i wkładałam twoje szpilki. Byłaś moją idolką. Chciałam być taka jak ty. Stanowcza, niezależna i ambitna. Mam nadzieję, że choć jedną z tych cech odziedziczyłam po Tobie. Dziękuję.
Tato, odkąd pojawiłeś się na nowo w moim życiu, zbliżyliśmy się do siebie. W końcu Cię poznałam i teraz już wiem jak bardzo jesteśmy do siebie podobni. Wiem, że będziesz szczęśliwy z Laurą, a Zosia zastąpi Ci mnie. Dbaj o nie. Mimo wszystko, jesteś najlepszym ojcem na świecie. Dziękuję.
Justin, wiem, że trzeba wielu lat by znaleźć przyjaciela, a wystarczy chwila by go stracić. Mam nadzieję, że tak jak zwykle przeszła Ci złość na mnie. Wiem, że nie byłam idealną przyjaciółką, ale za to Ty byłeś wzorem prawdziwego przyjaciela. Dawałeś mi totalną swobodę bycia sobą. Akceptowałeś moje humory i często sprowadzałeś mnie na ziemie. Mówią, że przyjaźń damsko-męska nie istnieje. Może to prawda.. Bo ja traktuje Cię jak brata, którego nigdy nie miałam. Dziękuję.
Igła, pisząc to nie mogłam pominąć Ciebie. Jesteś nie tylko świetnym siatkarzem, ale też człowiekiem. Proszę, nie zmieniaj się nigdy, bo drugiego tak pozytywnego człowieka nie spotkałam nigdy. Nawet nie wiesz jak bardzo cieszę się z tego, że Cię poznałam. Wzbogaciłeś moje życie o wiele wesołych i radosnych wspomnień. Dziękuję.
Hania, Sam, wiem, że na początku byłam przeciwna waszemu związkowi, ale teraz wiem, że do siebie pasujecie. Mam nadzieję, że wszystko wam się ułoży i będziecie ze sobą już zawsze. Hania, masz na niego dobry wpływ, a Ty Sam sprawiasz, że uśmiech nie schodzi jej z twarzy. Wiem, że nasz kontakt, powinien być większy, ale mimo wszystko i za wszystko, dziękuję.
Zbyszek, wybacz, że piszę do Ciebie na końcu, ale Tobie mam najwięcej do przekazania. Nie wiem, czy pamiętasz moment w którym się poznaliśmy. Od razu mi się spodobałeś, choć mogło wyglądać to zupełnie inaczej. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że staniesz się najważniejszym mężczyzną w moim życiu. Nigdy nie wierzyłam w prawdziwą miłość. Jednak dzięki Tobie uświadomiłam sobie, że jest to najpiękniejsze uczucie ze wszystkich, których do tej pory doświadczyłam. Chcę, żebyś był szczęśliwy. Wiem, że na Ciebie nie zasługiwałam i proszę, żebyś po moje śmierci znalazł odpowiednią kobietę z którą będziesz szczęśliwy. Zawszę będę Cię kochać. Sprawiłeś, że moje życie nabrało sensu. Dziękuję.
Podsumowując, dziękuję Wam wszystkim, za wszystko. Będę patrzeć na Was z góry i czuwać nad Wami.
Kocham Was,
Julka.
___________________________________
Rozdział miał być później, a jest wcześniej :) Skorzystałam z przypływu weny twórczej i wyszło co wyszło :) Następny prawdopodobnie w niedziele :) Bardzo proszę o komentarze i życzę miłego weekendu! :)
Zapraszam również na bloga koleżanki :)
- Pójdę do łazienki. - szepnęłam do Zbyszka. On skinął jedynie głową, a ja wstałam i ruszyłam w stronę drzwi, ignorując przy tym pytania o to dokąd idę. Zamknęłam drzwi łazienki i usiadłam na zimnej podłodze. Po policzkach spływały mi łzy. Co się ze mną dzieje? Kim ja jestem? Dlaczego siebie nie poznaje? Przypomniałam sobie radość w oczach zebranych ludzi w salonie, gdy mnie zobaczyli i coś ścisnęło mnie w gardle. Nie zasługują na to, żeby cierpieć z powodu mojej śmierci. Nie jestem warta ich łez i bólu. Wyobraziłam sobie Justina i Laurę stojących nad moim grobem i pojedyncze łzy zamieniły się w cieniutkie strumyki. Ale co ja mogę zrobić? Moja śmierć jest nieunikniona. Mam pozwolić im się mną nacieszyć? Spędzić z nimi trochę czasu, a potem zasnąć i nigdy więcej się nie obudzić? Nie mogę tak. Nie wytrzymam tych spojrzeń pełnych litości. Pod nieszczerymi uśmiechami będą skrywane słowa "Muszę się na nią napatrzeć. Jeszcze trochę i odejdzie". Nie chciałam tego. Wolałam odejść niespodziewanie bez tego całego wyczekiwana. Skrócę okres cierpienia wszystkich. Wzięłam z najniższej półki pudełeczko z lekami i wysypałam na rękę kilkanaście tabletek.
- Julka wszystko w porządku? - usłyszałam głos Zbyszka - Jula otwórz.. - poprosił. Zacisnęłam dłoń mocno w pięść. Nie byłam w stanie wydusić z siebie słowa. Może chciałam, żeby mi przerwał? W końcu otworzył drzwi i popatrzył na mnie z przerażeniem. - Julka.. - szepnął, podbiegając do mnie i przytulając mnie mocno. Siłą wyjął mi tabletki z ręki i wrzucił do sedesu. Wtuliłam się w jego ramiona i zaczęłam płakać jak małe dziecko.
- Nigdy. Więcej. Tego. Nie. Rób. - wycedził przez zaciśnięte zęby. W tych pięciu słowach zawarł strach, przerażenie, panikę, niepokój i zdenerwowanie. - Wstań z tej zimnej posadzki, bo się przeziębisz. - powiedział już spokojniej. Oddalił mnie od siebie i sam powoli się podniósł.
- Nie chce tam wracać.. - szepnęłam, pociągając żałośnie nosem.
- Spokojnie, pójdziemy na górę. - odparł i złapał mnie za rękę. Ruszyliśmy w stronę mojego pokoju.
- Pójdę się wykąpać. - mruknęłam, gdy weszliśmy do mojego pokoju. Popatrzył na mnie podejrzliwie. - Nie bój się. Obiecuję, że nic nie zrobię.
- Nie zamykaj drzwi. - powiedział stanowczo, odprowadzając mnie wzrokiem. Cudownie, widocznie będę teraz pod stałym nadzorem. Weszłam do wanny z gorącą wodą i głośno westchnęłam. Chciałam się zrelaksować, nie myśląc o niczym, ale jedna myśl nie mogła mi dać spokoju. Gdyby Zbyszek wszedł 2 minuty później, już bym nie żyła. Chociaż był to mój wybór to i tak przeraziła mnie ta wizja. Może nie chciałam umierać? Do oczu znów napłynęły mi łzy, gdy przypomniałam sobie, że za jakiś czas już mnie nie będzie. Wyszłam szybko z wanny. Nie chciałam być sama. Założyłam swój ulubiony dres i wróciłam do pokoju. Położyłam się obok Zbyszka na łóżku i wbiłam wzrok w sufit. Odwrócił się w moją stronę i popatrzył na mnie z troską.
- Dlaczego chciałaś to zrobić? - spytał, krzywiąc się na wspomnienie tamtej sceny.
- I tak umrę. Po co to ciągnąć?
- Ja też umrę, każdy z nas umrze, ale nikt nie popełnia z tego powodu samobójstwa. - odparł zdezorientowany.
- Ty masz całe życie przed sobą. A ja.. Nie wiadomo ile czasu mi pozostało. Nic mi nie mówicie. Macie mnie za kompletną wariatkę, oglądającą ściany. Jestem dorosła i mam prawo wiedzieć kiedy umrę! - powiedziałam zdenerwowana.
- Julka o czym ty mówisz? Nie ukrywamy nic przed Tobą. Nie umrzesz. Rozmawiałem z lekarzem. Powiedział, że wszystko jest w porządku. Pomyśl, przecież gdyby było źle nie wypisałby cię do domu.. Skąd ci to w ogóle przyszło do głowy?
- Nie chcę o tym rozmawiać. - odpowiedziałam stanowczo. - Możesz nie mówić nikomu o tej sytuacji w łazience? - poprosiłam.
- Jeśli obiecasz mi, że pójdziesz do psychologa.
- Po co? - spytałam, oburzona. Nie odpowiedział, tylko patrzył na mnie wyczekująco. - Dobrze, zgoda. - westchnęłam i przykryłam się kołdrą. Objął mnie ramieniem i razem zasnęliśmy.
Następnego dnia o 12 siedziałam już w poczekalni razem ze Zbyszkiem, czekając na panią psycholog. Byłam do tego wszystkiego sceptycznie nastawiona, ale nie chciałam, żeby Bartman powiedział komuś o tym co się wczoraj stało.
- Nie musiałeś tu ze mną przychodzić. Nie rzuciłabym się pod samochód. - mruknęłam.
- Nie martwiłem się o to. Bałem się raczej tego, że się rozmyślisz i tutaj nie przyjdziesz.
- To jest bez sensu. Nie potrzebuje żadnego psychologa.
- Wczoraj udowodniłaś, że jednak potrzebujesz.
- A ty nie musisz wracać do Rzeszowa?
- Masz mnie już dość?
- Dziwisz mi się? Od wczoraj zachowujesz się jak mój cień.
- A ty mi się dziwisz? - spytał, tracąc powoli cierpliwość. Naszą kłótnie przerwała pani psycholog, zapraszając mnie do gabinetu. - Poczekam tu..
- Serio? Nie spodziewałam się,że zostaniesz. - rzuciłam przez ramie i weszłam do pomieszczenia. Nie miałam zamiaru rozmawiać z tą kobietą. Dlaczego miałabym się zwierzać obcej osobie? Nie dawała jednak za wygraną i dla świętego spokoju, zaczęłam mówić. Na początku rozmowa była przerażająco nudna. Nie, to nie była rozmowa. To był mój monolog, w którym przedstawiałam w skrócie swoje życie. Słuchała cierpliwie moich opowiadań o babci, siatkówce i muzyce. Siedziałam jak na skazaniu z myślą, że po upływie dwóch godzin będę już wolna.
- Co czułaś gdy dowiedziałaś się, że masz wadę serca? - spytała, gdy skończyłam mówić.
- A jak pani myśli? Na początku byłam przerażona, ale po rozmowie z lekarzem miałam nadzieję, że z tego wyjdę.
- Dlaczego nie powiedziałaś o tym nikomu? Nie chciałaś mieć wsparcia w tych trudnych chwilach? - pytała dalej, a ja musiałam się teraz chwilę zastanowić zanim odpowiedziałam.
- Jak już wspomniałam.. Nigdy nie byłam normalną, zwykłą dziewczyną. W szkole byłam popularną siatkarką, dodatkowo bogatą. Każdy chciał się ze mną przyjaźnić. Potem wyjechałam do USA i zrobiłam karierę. Ludzie kręcili się wokół mnie tylko ze względu na to, że byłam sławna. To się zmieniło, gdy poznałam Laurę, Justina, siatkarzy, Zbyszka.. W końcu czułam się jak w jednej wielkiej rodzinie. Wiedziałam, że lubią mnie za to jaka jestem, a nie dlatego, że jestem sławna i bogata. Nie jestem nauczona dzielić się takimi sprawami z innymi. Odkąd zmarła babcia, nie miałam osoby do której mogłabym się zwrócić z problemami. Stałam się niezależna. Nie chciałam wciągać w swoje problemy innych i ich tym zadręczać.
- Nie sądzisz, że od tego są przyjaciele? Nie uważasz, że po to ich masz, żeby wspierali Cię w takich momentach?
- Jestem pewna, że okazaliby mi wsparcie, ale.. Ja po prostu głupio się czuję z tym, że wszyscy się mną tak przejmują. Każdy chce mi pomóc. Gdy wróciłam każdy mnie pocieszał. Od zawsze byłam nauczona radzić sobie sama ze wszystkim. Nie miałam wsparcia u rodziców, więc nie miałam jak do tego przywyknąć. Mam nieodparte wrażenie, że nie daje im nic w zamian, że jestem egoistką.
- Podziękowałaś im kiedyś za to?
- Dziękuję im za poszczególne sytuacje, słowa, ale moim zdaniem to za mało. Zasługują na coś więcej.
- Mam dla Ciebie propozycję. Napisz list, w którym podziękujesz za to i przeczytaj go im. Na pewno to docenią.
- Tak właściwie.. To ja już napisałam taki list.. Gdy byłam w szpitalu i myślałam, że z niego nie wyjdę.
- Pokazywałaś go komuś? - spytała. Pokręciłam przecząco głową. - No to mam dla ciebie prace domową. Jak pojedziesz do domu, zbierz wszystkich, którym chcesz za coś podziękować i przeczytaj im ten list.
- To jest głupie..
- Nie, to naprawdę ci pomoże. Czujesz, że czerpiesz korzyści z tej przyjaźni, nie dając nic w zamian. Zobaczysz ile znaczyć będą te podziękowania dla twoich bliskich. A teraz powiedz mi dlaczego chciałaś popełnić samobójstwo?
- Powiedział pani? - oburzyłam się. Nie odpowiedziała, tylko czekała, aż zacznę mówić. Naprawdę była dobrym psychologiem. Sama nie wiedziałam dlaczego jej to wszystko mówię. - Chciałam oszczędzić wszystkim cierpienia... - dopiero teraz dotarło do mnie jakie to głupie. Przecież Zbyszek powiedział, że nie umrę. A co jeśli on nie kłamie?
- Chciałaś oszczędzić cierpienia innym popełniając samobójstwo?
- Byłam przekonana, że umrę.. - mruknęłam, jakby do siebie.
- Przecież jesteś zdrowa. Przed terapią dzwoniłam do twojego doktora. Nie mógł powiedzieć dużo, ale z tego co wiem twoje życie nie jest zagrożone.
- Jeszcze wczoraj myślałam, że nikt mi nic nie mówi.. - złapałam się za głowę. Gubiłam się już w tym wszystkim.
- Co się zdarzyło od wczoraj, że zmieniłaś zdanie?
- Nie wiem.. - wzruszyłam ramionami. - Rozmawiałam jedynie ze Zbyszkiem..
- Powiedział ci, że będziesz żyć? - spytała, a ja skinęłam głową. - Uwierzyłaś?
- Najpierw na niego nakrzyczałam, ale teraz zdałam sobie sprawę z tego, że nigdy mnie nie okłamał..
- I teraz też tego nie zrobił. Masz całe życie przed sobą. - mówiła, patrząc mi prosto w oczy. - Jesteś młoda, piękna, świat stoi przed tobą otworem. Wyrzuć te wszystkie negatywne myśli z umysłu. Rozumiem, że przeszłaś wiele, ale musisz wrócić do normalności. Masz ludzi, którym na tobie zależy, nie zadawaj im bólu swoim zachowaniem. - dodała. - Na dzisiaj to wszystko. Przemyśl sobie dokładnie to co ci powiedziałam i pamiętaj o pracy domowej.
- Dziękuje. - powiedziałam cicho, wstając. Wyszłam z gabinetu zamyślona. Próbowałam poukładać sobie myśli, ale miałam ich zdecydowanie zbyt dużo.
Pół godziny później byliśmy już w domu. Wszyscy czekali na obiad. Całą drogę zastanawiałam się, czy to na pewno dobry pomysł, aby przeczytać im ten list. Co mi szkodzi? Może poczuję się lepiej, a im zrobi się miło? Zawołałam wszystkich do salonu i wyjęłam mały skrawek papieru, na który przelałam wszystkie uczucia, które towarzyszyły mi w szpitalu. Panowała idealna cisza. Siedziałam na fotelu, czując na sobie spojrzenia wszystkich zebranych. Wzięłam głęboki oddech i zaczęłam czytać.
Kochani!
Przepraszam, że piszę do Was zbiorowo, ale nie mam wystarczająco dużo kartek, żeby naskrobać coś do każdego z osobna. Leżę w szpitalu już miesiąc. Po raz kolejny przepraszam... Nie powiedziałam Wam, że jestem chora. Chciałam się zmienić. Nie chciałam być więcej egoistką, myślącą wyłącznie o sobie. Po wyjściu ze szpitala chciałam zacząć nowe życie. Jako inna, lepsza osoba. Ten miesiąc spędzony tutaj naprawdę mnie zmienił. Dostrzegłam swoje wady i błędy, które popełniłam w całym swoim życiu. Przemyślałam co tak naprawdę jest ważne. Doszłam do wniosku, że byłam cholerną szczęściarą, mając Was wszystkich przy sobie. Może wcześniej tego nie doceniałam, ale teraz wiem ile dla mnie robiliście i chce Wam za to wszystko podziękować.
Lauro, wiesz jak bardzo ważną osobą byłaś w moim życiu. Zastępowałaś mi rodziców, dbałaś o mnie i wspierałaś w trudnych momentach. Jesteś cudowną osobą i cieszę się, że tata trafił właśnie na Ciebie. W dniu, kiedy pierwszy raz się spotkałyśmy zyskałam najlepszą przyjaciółkę i opiekunkę. Dziękuję.
Mamo, choć nie byłyśmy blisko, to wiedz, że Cię kocham. Pamiętam, gdy byłam mała i wkładałam twoje szpilki. Byłaś moją idolką. Chciałam być taka jak ty. Stanowcza, niezależna i ambitna. Mam nadzieję, że choć jedną z tych cech odziedziczyłam po Tobie. Dziękuję.
Tato, odkąd pojawiłeś się na nowo w moim życiu, zbliżyliśmy się do siebie. W końcu Cię poznałam i teraz już wiem jak bardzo jesteśmy do siebie podobni. Wiem, że będziesz szczęśliwy z Laurą, a Zosia zastąpi Ci mnie. Dbaj o nie. Mimo wszystko, jesteś najlepszym ojcem na świecie. Dziękuję.
Justin, wiem, że trzeba wielu lat by znaleźć przyjaciela, a wystarczy chwila by go stracić. Mam nadzieję, że tak jak zwykle przeszła Ci złość na mnie. Wiem, że nie byłam idealną przyjaciółką, ale za to Ty byłeś wzorem prawdziwego przyjaciela. Dawałeś mi totalną swobodę bycia sobą. Akceptowałeś moje humory i często sprowadzałeś mnie na ziemie. Mówią, że przyjaźń damsko-męska nie istnieje. Może to prawda.. Bo ja traktuje Cię jak brata, którego nigdy nie miałam. Dziękuję.
Igła, pisząc to nie mogłam pominąć Ciebie. Jesteś nie tylko świetnym siatkarzem, ale też człowiekiem. Proszę, nie zmieniaj się nigdy, bo drugiego tak pozytywnego człowieka nie spotkałam nigdy. Nawet nie wiesz jak bardzo cieszę się z tego, że Cię poznałam. Wzbogaciłeś moje życie o wiele wesołych i radosnych wspomnień. Dziękuję.
Hania, Sam, wiem, że na początku byłam przeciwna waszemu związkowi, ale teraz wiem, że do siebie pasujecie. Mam nadzieję, że wszystko wam się ułoży i będziecie ze sobą już zawsze. Hania, masz na niego dobry wpływ, a Ty Sam sprawiasz, że uśmiech nie schodzi jej z twarzy. Wiem, że nasz kontakt, powinien być większy, ale mimo wszystko i za wszystko, dziękuję.
Zbyszek, wybacz, że piszę do Ciebie na końcu, ale Tobie mam najwięcej do przekazania. Nie wiem, czy pamiętasz moment w którym się poznaliśmy. Od razu mi się spodobałeś, choć mogło wyglądać to zupełnie inaczej. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że staniesz się najważniejszym mężczyzną w moim życiu. Nigdy nie wierzyłam w prawdziwą miłość. Jednak dzięki Tobie uświadomiłam sobie, że jest to najpiękniejsze uczucie ze wszystkich, których do tej pory doświadczyłam. Chcę, żebyś był szczęśliwy. Wiem, że na Ciebie nie zasługiwałam i proszę, żebyś po moje śmierci znalazł odpowiednią kobietę z którą będziesz szczęśliwy. Zawszę będę Cię kochać. Sprawiłeś, że moje życie nabrało sensu. Dziękuję.
Podsumowując, dziękuję Wam wszystkim, za wszystko. Będę patrzeć na Was z góry i czuwać nad Wami.
Kocham Was,
Julka.
___________________________________
Rozdział miał być później, a jest wcześniej :) Skorzystałam z przypływu weny twórczej i wyszło co wyszło :) Następny prawdopodobnie w niedziele :) Bardzo proszę o komentarze i życzę miłego weekendu! :)
Zapraszam również na bloga koleżanki :)
wtorek, 10 września 2013
Rozdział XXXI - "Depresja to nie choroba, tylko stan wysokiej świadomości. Popadamy w nią, kiedy zdamy sobie sprawę z własnej bezsilności i kruchości życia. "
Siedzę na trybunach dobrze znanej mi hali sportowej. Za oknem jest już ciemno, a wnętrze oświetlają lampy. Na boisku znajduję się jedynie wysoka dziewczyna z ciemnymi włosami. Ćwiczy zagrywkę, krzywiąc się gdy tylko jej ręka dotknie z siłą piłki. W końcu przestaje i łapie się za nadgarstek. Na jej nieszczęście widzi to trener, który spakowany chce zamykać. Podchodzi do niej, a ona ze łzami w oczach zaciska zęby i udaję, że wszystko jest w porządku. Nie daje się jednak oszukać i nalega, żeby poszła do lekarza. Po długiej dyskusji dziewczyna w końcu ustępuję i wychodzi z hali.
Scena się zmienia. Jestem w szpitalu. Siadam na skraju łóżka, obok dziewczyny z wielkimi brązowymi oczami. Do sali wchodzi lekarz, a ona w napięciu cała sztywnieje. Pyta, czy z jej ręką będzie wszystko w porządku, ale już po minie doktora widzi, że odpowiedź jej się nie spodoba. Słyszy słowa, których tak się bała. Więcej nie zagra w siatkę. Nigdy więcej nie wyjdzie na boisko ze swoją drużyną. Patrzę na nią i widzę, że coś w niej pęka. Do oczu napływają łzy, które chwilę później zamieniają się w strumyki płynące po jej bladych policzkach. Tak wygląda jej cały dzień. Leży bezruchu, patrząc w okno.
Scena się zmienia. Jestem w pokoju brązowookiej dziewczyny. Podchodzę do plakatów, wiszących na niebieskich ścianach. Patrzę na medale, dyplomy i puchary, które dostały własną szafkę. Dopiero potem dostrzegam dziewczynę. Leży na łóżku z zawiniętą ręką i patrzy w okno. Dopiero w nocy coś zaczyna się dziać. Wstaje i idzie do łazienki. Wchodzę za nią i widzę jak do ręki bierze żyletkę. Patrzę przerażona, bojąc się tego co będzie dalej. Gdzie są jej rodzice? No tak. Zajęci są pracą, a jej jedyna opiekunka odeszła. Dziewczyna płacze coraz bardziej, a jej łzy kapią na zimną posadzkę. Chce ją powstrzymać. Krzyczę, ale ona mnie nie słyszy. Ostrze znajduję się coraz bliżej ręki, a ona z zawziętą miną przybliża je coraz szybciej. W ostatniej chwili wstrzymuję rękę i uświadamia sobie, że to nic nie da. Kilkuminutowe cierpienie nie sprawi, że wróci na boisko. Opiera się o zimną powierzchnię wanny i ukrywa twarz w dłonie.
Otwieram oczy i widzę zieloną, szpitalną ścianę. Patrzę w bok i widzę, że przy moim łóżku śpi tata. Odwracam szybko głowę i wbijam wzrok w sufit. Zastanawiam się kiedy przyjdzie on. Rodzice siedzieli przy mnie na zmianę, a on odkąd pierwszy raz mnie tutaj zobaczył, więcej się nie pojawił. Może wie, że umrę i nie chce na mnie patrzeć? Może chce zapamiętać mnie zdrową? Chce o mnie zapomnieć, żeby po mojej śmierci cierpieć mniej. Nie mogę mieć do niego o to pretensji. Rodzice nie mają wyjścia. Jestem ich córką i z moralnego obowiązku siedzą tutaj. Może chcą dać mi nadzieję? Sprawić bym uwierzyła w to, że będę żyła. Robią to dla mnie, więc ja też jestem im coś winna. Mój widok jest wystarczającym cierpieniem dla nich. Chcę, żeby przynajmniej ze mna nie rozmawiali. Wydaję mi się, że lepiej zniosą moją śmierć, gdy nie będziemy się kontaktować. Będzie tak jak teraz tylko ja nie będę oddychać. Tak, przyzwyczajanie ich do tego jest rekompensatą za godziny spędzone przy moim łóżku. W końcu nie będę egoistką. W końcu zrobię coś dla innych i może dołączę do babci w niebie? Może po tylu latach spotkam się z nią i w końcu ją przytulę? A jakby to wszystko przyśpieszyć? Przecież i tak umrę. Wtedy jeszcze lepiej odpłaciłabym się rodzicom. Nie musieliby tutaj przesiadywać. Nie musieliby udawać, że jest nadzieja. Pochowaliby mnie i wrócili do codzienności. Ale jak mam to zrobić?
Obudziłam się następnego dnia. Nie chciałam patrzeć na rodziców, więc odwróciłam głowę w stronę okna. Zanim zaczęłam rozmyślenia, usłyszałam męski głos. Jego głos. Popatrzyłam na niego i zobaczyłam, że patrzy na mnie z uśmiechem. Dlaczego się uśmiecha? Dlaczego chce utrzymać mnie w błędnym przekonaniu, że będę żyła? To oznaczało jedno. Do niego nie mogłam odzywać się tym bardziej.
- Dzień dobry. - powiedział, posyłając mi szczery uśmiech. Nie odpowiedziałam, tylko patrzyłam na niego. - Nie chciałem, żeby panowała niezręczna cisza, więc mam ze sobą książkę. Wiem, że nie skończyłaś czytać Pianisty, więc dokończę ją za ciebie. A skoro się nie odzywasz jest duża szansa na to, że mi pierwszy raz w życiu nie przerwiesz. - powiedział wyciągając moją książkę. Zaczął czytać, a ja odwróciłam głowę i w skupieniu słuchałam jego niskiego głosu.
Dokończył 30 nieprzeczytanych przeze mnie stron i zamknął książkę. Popatrzyłam na niego, a on zaczął opowiadać o tym co dzieję się na treningach w Rzeszowie. Mówił o żartach Igły i śmiesznych tekstach Pita. Relacjonował mi ostatnie mecze, które zagrali ze Skrą i Zaksą. Z ciekawością słuchałam tego wszystkiego. To była miła odskocznia od słuchania własnych myśli. O dwudziestej przyszła mama, na "zmianę warty". Spanikowałam. Nie chciałam, żeby odchodził. Chciałam, żeby został przy mnie i mówił dalej.
- Zostań. - wyrwało mi się, mimowolnie. - Proszę. - dodałam już świadomie, patrząc na niego błagalnym wzrokiem. Na początku, jakby tego nie usłyszał. Dopiero po chwili zorientował się, że cichutki głosik należał do mnie. Bez słowa usiadł ponownie. Zdezorientowany, ale wyraźnie szczęśliwy zaczął mówić dalej, tym razem o Mistrzostwach Europy. Słuchałam uważnie i próbowałam wyobrazić sobie to wszystko. Zmęczenie jednak spowodowało, że w pewnym momencie po prostu zasnęłam.
Obudziłam się następnego dnia i poczułam, że ktoś trzyma mnie za rękę. Zbyszek spał z głową na moich nogach, trzymając mnie za rękę. Wyswobodziłam powoli dłoń z jego uścisku , żeby go nie obudzić. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że odkąd wszedł do tej sali, nie myślałam o niczym innym tylko o nim. Chciałam, żeby został ze mną. Na zawsze. Obudził się i podniósł głowę, przecierając oczy. Popatrzył na mnie i się uśmiechnął, ukazując rząd śnieżnobiałych zębów. Był taki przystojny.
- Nie patrz tak na mnie bo się zarumienię. - wyszczerzył się. Mimowolnie, pierwszy raz od ponad miesiąca, uśmiechnęłam się. - No tak, jeszcze się uśmiechaj.. - wywrócił teatralnie oczami.
- Dlaczego tutaj jesteś? - zadałam pytanie, które cisnęło mi się na usta od wczoraj. Nie potrafiłam go ignorować. Jestem egoistką, cholerną egoistką.
- Nie umiem odmawiać, gdy kobieta błaga mnie o to, żebym został. - wzruszył ramionami, a ja się ponownie uśmiechnęłam.
- Dziękuję. - powiedziałam cicho.
- Opłacało się spać na siedząco, żeby to usłyszeć. - odpowiedział i delikatnie pogładził mnie po włosach, jakby bojąc się mojej reakcji. Po chwili do sali wszedł lekarz z wielkim uśmiechem na twarzy.
- Witam. Jak się pani dzisiaj czuje? - spytał i nie czekając na odpowiedź, kontynuował. - Mam dla pani dobrą wiadomość. Płynne leki zadziałały tak jak powinny, więc pozostałe będzie przyjmować pani doustnie. I teraz najlepsze.. Może pani wrócić do domu. Mam ze sobą recepty i proszę zgłaszać się na regularne kontrolę do doktora Janowicza. Poradzi pani sobie sama? - spytał, widząc jak siadam z nogami opuszczonymi na ziemie. Skinęłam jedynie głową i powoli wstałam. - W takim razie panie Zbyszku, proszę za mną. - powiedział, wychodząc. Zbyszek ruszył za nim i zostałam w sali sama. Zdezorientowana zaczęłam się pakować. Dlaczego wypisują mnie tak niespodziewanie? Może upewnili się, że już nie zdołają mi pomóc i chcą, żebym te.. Właśnie. Ile mi jeszcze zostało? Tydzień, dwa, miesiąc? Tak. Na pewno, chcą żebym te ostatnie dni spędziła w gronie najbliższych. Tylko dlaczego mi tego nie powiedzą? Do cholery.. Jestem już dorosła i mam prawo wiedzieć takie rzeczy.. Dlaczego nikt mnie tutaj nie traktuje poważnie?
Oczami Zbyszka...
Wyszedłem z sali za lekarzem i razem weszliśmy do jego gabinetu.
- Chciałem z panem jeszcze porozmawiać. - powiedział, siadając za biurkiem.
- Coś nie tak z Julką? - spytałem szybko.
- Nie, jeśli chodzi o jej stan zdrowia to wszystko jest w porządku, ale chodzi mi bardziej o jej psychikę. Proponowałbym, żeby namówił ją pan na wizytę u psychologa. Nadal nie wiemy dlaczego tak się zachowuję.
- Postaram się, ale ona jest dość uparta.. - skrzywiłem się.
- Proszę przynajmniej spróbować.. A do tej pory, niech ktoś przy niej będzie.. Nie wiemy co ona sobie wyobraża i co myśli..
- Chce pan powiedzieć, że ona może próbować się zabić? - spytałem przerażony.
- Nie. Nie sądzę, żeby jej psychika, aż tak się zmieniła. Nie jestem psychiatrą, ale wydaję mi się, że jej depresja może się pogłębić. Pan jest jej partnerem?
- To dość skomplikowane. Wydaje mi się, że jest z nią lepiej.. Odzywała się do mnie..
- Ale tylko do pana. - zauważył. - Dlatego właśnie rozmawiam z panem.
- Spróbuję ją namówić, a jak się nie zgodzi to zaciągnę ją tam siłą. Nie pozwolę, żeby stało jej się coś złego. Teraz kiedy wyszła z tego wszystkiego..
- Cieszę się. - powiedział, wstając. - Proszę iść teraz po nią i razem odbierzcie wypis z recepcji. Powodzenia. - dodał, wyciągając rękę.
- Dziękuję za wszystko. - odparłem i wyszedłem. Zadzwoniłem do jej rodziców i na lotnisko, żeby zarezerwować bilety. Gdy wróciłem na salę Julka stała odwrócona do mnie tyłem i patrzyła przez okno. - Jesteś gotowa? - spytałem nieśmiało. Popatrzyła na mnie i skinęła głową. Wziąłem jej torbę i razem ruszyliśmy powoli długim korytarzem w stronę recepcji. Była bardzo słaba, a jedzenie podawane jej dożylnie sprawiło, że nie była już szczupła, tylko zwyczajnie wychudzona. Wzięliśmy wypis i wyszliśmy przed klinikę. Staliśmy w milczeniu, czekając na taksówkę.
- Nie jest Ci zimno? - spytałem. Na dworze był mróz, a z nieba sypał dość spory śnieg.
- Nie. Jest ok.. - mruknęła, chowając połowę twarzy pod wełniany szalik. Po chwili przyjechała nasza taksówka. Godzinę później byliśmy na lotnisku, gdzie czekali już na nas jej rodzice.
- Kochanie dobrze się czujesz? - jej tata podszedł do niej i ją przytulił. Skinęła jedynie głową. - W domu wszyscy na ciebie czekają. Chcieli przylecieć, ale stwierdziłem, że narobiliby tylko niepotrzebnego zamieszania. Zobaczysz wszystko będzie dobrze..
- Chyba już na nas pora. - powiedziałem i ruszyłam pierwszy w stronę odprawy.
Wylądowaliśmy na lotnisku w Warszawie i moim samochodem pojechaliśmy do domu. Cały czas myślałem o słowach doktora. Przecież to nie możliwe, żeby Julka miała, aż takie myśli. Przecież wraca do domu, jest zdrowa.. Nie ma powodu do tego, żeby coś sobie zrobić. Na wszelki wypadek jednak spróbuję ją namówić na wizytę u psychologa.
Podjechaliśmy pod dom i opróżniliśmy całą zawartość bagażnika. Obładowani torbami weszliśmy do środka. W salonie było pełno ludzi, którzy gdy nas tylko zobaczyli krzyknęli "Niespodzianka". Patrzyłem to na nich to na Julkę, na której twarzy malowało się zdziwienie. Widocznie była zaskoczona bardziej, niż ja. Po chwili stała się ich maskotką. Wszyscy zaczęli ją pocieszać i przytulać. Jej wątłe ciałko wędrowało od jednych ramion do drugich. Ona się jednak nie odzywała, tylko słuchała. Gdy każdy z zebranych powiedział już kilka słów, wszyscy zajęliśmy miejsca. Julka usiadła obok mnie i wzięła szklankę z wodą. Panował straszny gwar. Wszyscy wchodzili sobie w słowo i nawet dla mnie było to przytłaczające.
- Pójdę do łazienki. - szepnęła w moją stronę, po czym wstała i wyszła, ignorując pytania o to dokąd idzie.
- Strasznie schudła.. - pokręciła głową Laura. - Nie karmili jej tam?
- Ona sama nie chciała jeść, więc musieli podawać jej jedzenie dożylnie. - odpowiedział pan Walkiewicz, który siedział obok niej.
- Dlaczego się nie odzywa? Odkąd weszliście nie powiedziała kompletnie nic. - zauważyła Hania.
- Już w szpitalu była taka. Nie odezwała się do nas w ogóle.. - odparła jej mama, siedząc z założonymi rękami. - Jej lekarz mówił, że cierpi na depresje..
- Nie rozumiem dlaczego nikomu nie powiedziała o tym, że idzie do szpitala.. Nie byłaby sama i lepiej by to wszystko zniosła.. - Justin był wyraźnie zdenerwowany.
- Tak, do ciebie na pewno mogła napisać skoro na nią naskoczyłeś. - oburzyła się Hania.
- Nie pierwszy raz. Ona dobrze wie, że zawsze mi to przechodzi..
- Nie kłóćcie się. - przerwała im Laura. Patrzyłem co jakiś czas w kierunku drzwi, ale Julka się w nich nie pojawiała. Zaniepokojony wstałem i ruszyłem w stronę łazienki. Zapukałem lekko.
- Julka wszystko w porządku? - spytałem. Cisza. - Jula otwórz.. - poprosiłem. Nic. Nacisnąłem lekko klamkę i otworzyłem drzwi. - Julka...
_________________
Udało mi się dodać rozdział w terminie, ale nie wiem co będzie z następnym.. Postaram się dodać w piątek, a jeśli nie to w sobotę będzie już na pewno :) Proszę o komentarze, to naprawdę ogromna motywacja.. :)
Scena się zmienia. Jestem w szpitalu. Siadam na skraju łóżka, obok dziewczyny z wielkimi brązowymi oczami. Do sali wchodzi lekarz, a ona w napięciu cała sztywnieje. Pyta, czy z jej ręką będzie wszystko w porządku, ale już po minie doktora widzi, że odpowiedź jej się nie spodoba. Słyszy słowa, których tak się bała. Więcej nie zagra w siatkę. Nigdy więcej nie wyjdzie na boisko ze swoją drużyną. Patrzę na nią i widzę, że coś w niej pęka. Do oczu napływają łzy, które chwilę później zamieniają się w strumyki płynące po jej bladych policzkach. Tak wygląda jej cały dzień. Leży bezruchu, patrząc w okno.
Scena się zmienia. Jestem w pokoju brązowookiej dziewczyny. Podchodzę do plakatów, wiszących na niebieskich ścianach. Patrzę na medale, dyplomy i puchary, które dostały własną szafkę. Dopiero potem dostrzegam dziewczynę. Leży na łóżku z zawiniętą ręką i patrzy w okno. Dopiero w nocy coś zaczyna się dziać. Wstaje i idzie do łazienki. Wchodzę za nią i widzę jak do ręki bierze żyletkę. Patrzę przerażona, bojąc się tego co będzie dalej. Gdzie są jej rodzice? No tak. Zajęci są pracą, a jej jedyna opiekunka odeszła. Dziewczyna płacze coraz bardziej, a jej łzy kapią na zimną posadzkę. Chce ją powstrzymać. Krzyczę, ale ona mnie nie słyszy. Ostrze znajduję się coraz bliżej ręki, a ona z zawziętą miną przybliża je coraz szybciej. W ostatniej chwili wstrzymuję rękę i uświadamia sobie, że to nic nie da. Kilkuminutowe cierpienie nie sprawi, że wróci na boisko. Opiera się o zimną powierzchnię wanny i ukrywa twarz w dłonie.
Otwieram oczy i widzę zieloną, szpitalną ścianę. Patrzę w bok i widzę, że przy moim łóżku śpi tata. Odwracam szybko głowę i wbijam wzrok w sufit. Zastanawiam się kiedy przyjdzie on. Rodzice siedzieli przy mnie na zmianę, a on odkąd pierwszy raz mnie tutaj zobaczył, więcej się nie pojawił. Może wie, że umrę i nie chce na mnie patrzeć? Może chce zapamiętać mnie zdrową? Chce o mnie zapomnieć, żeby po mojej śmierci cierpieć mniej. Nie mogę mieć do niego o to pretensji. Rodzice nie mają wyjścia. Jestem ich córką i z moralnego obowiązku siedzą tutaj. Może chcą dać mi nadzieję? Sprawić bym uwierzyła w to, że będę żyła. Robią to dla mnie, więc ja też jestem im coś winna. Mój widok jest wystarczającym cierpieniem dla nich. Chcę, żeby przynajmniej ze mna nie rozmawiali. Wydaję mi się, że lepiej zniosą moją śmierć, gdy nie będziemy się kontaktować. Będzie tak jak teraz tylko ja nie będę oddychać. Tak, przyzwyczajanie ich do tego jest rekompensatą za godziny spędzone przy moim łóżku. W końcu nie będę egoistką. W końcu zrobię coś dla innych i może dołączę do babci w niebie? Może po tylu latach spotkam się z nią i w końcu ją przytulę? A jakby to wszystko przyśpieszyć? Przecież i tak umrę. Wtedy jeszcze lepiej odpłaciłabym się rodzicom. Nie musieliby tutaj przesiadywać. Nie musieliby udawać, że jest nadzieja. Pochowaliby mnie i wrócili do codzienności. Ale jak mam to zrobić?
Obudziłam się następnego dnia. Nie chciałam patrzeć na rodziców, więc odwróciłam głowę w stronę okna. Zanim zaczęłam rozmyślenia, usłyszałam męski głos. Jego głos. Popatrzyłam na niego i zobaczyłam, że patrzy na mnie z uśmiechem. Dlaczego się uśmiecha? Dlaczego chce utrzymać mnie w błędnym przekonaniu, że będę żyła? To oznaczało jedno. Do niego nie mogłam odzywać się tym bardziej.
- Dzień dobry. - powiedział, posyłając mi szczery uśmiech. Nie odpowiedziałam, tylko patrzyłam na niego. - Nie chciałem, żeby panowała niezręczna cisza, więc mam ze sobą książkę. Wiem, że nie skończyłaś czytać Pianisty, więc dokończę ją za ciebie. A skoro się nie odzywasz jest duża szansa na to, że mi pierwszy raz w życiu nie przerwiesz. - powiedział wyciągając moją książkę. Zaczął czytać, a ja odwróciłam głowę i w skupieniu słuchałam jego niskiego głosu.
Dokończył 30 nieprzeczytanych przeze mnie stron i zamknął książkę. Popatrzyłam na niego, a on zaczął opowiadać o tym co dzieję się na treningach w Rzeszowie. Mówił o żartach Igły i śmiesznych tekstach Pita. Relacjonował mi ostatnie mecze, które zagrali ze Skrą i Zaksą. Z ciekawością słuchałam tego wszystkiego. To była miła odskocznia od słuchania własnych myśli. O dwudziestej przyszła mama, na "zmianę warty". Spanikowałam. Nie chciałam, żeby odchodził. Chciałam, żeby został przy mnie i mówił dalej.
- Zostań. - wyrwało mi się, mimowolnie. - Proszę. - dodałam już świadomie, patrząc na niego błagalnym wzrokiem. Na początku, jakby tego nie usłyszał. Dopiero po chwili zorientował się, że cichutki głosik należał do mnie. Bez słowa usiadł ponownie. Zdezorientowany, ale wyraźnie szczęśliwy zaczął mówić dalej, tym razem o Mistrzostwach Europy. Słuchałam uważnie i próbowałam wyobrazić sobie to wszystko. Zmęczenie jednak spowodowało, że w pewnym momencie po prostu zasnęłam.
Obudziłam się następnego dnia i poczułam, że ktoś trzyma mnie za rękę. Zbyszek spał z głową na moich nogach, trzymając mnie za rękę. Wyswobodziłam powoli dłoń z jego uścisku , żeby go nie obudzić. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że odkąd wszedł do tej sali, nie myślałam o niczym innym tylko o nim. Chciałam, żeby został ze mną. Na zawsze. Obudził się i podniósł głowę, przecierając oczy. Popatrzył na mnie i się uśmiechnął, ukazując rząd śnieżnobiałych zębów. Był taki przystojny.
- Nie patrz tak na mnie bo się zarumienię. - wyszczerzył się. Mimowolnie, pierwszy raz od ponad miesiąca, uśmiechnęłam się. - No tak, jeszcze się uśmiechaj.. - wywrócił teatralnie oczami.
- Dlaczego tutaj jesteś? - zadałam pytanie, które cisnęło mi się na usta od wczoraj. Nie potrafiłam go ignorować. Jestem egoistką, cholerną egoistką.
- Nie umiem odmawiać, gdy kobieta błaga mnie o to, żebym został. - wzruszył ramionami, a ja się ponownie uśmiechnęłam.
- Dziękuję. - powiedziałam cicho.
- Opłacało się spać na siedząco, żeby to usłyszeć. - odpowiedział i delikatnie pogładził mnie po włosach, jakby bojąc się mojej reakcji. Po chwili do sali wszedł lekarz z wielkim uśmiechem na twarzy.
- Witam. Jak się pani dzisiaj czuje? - spytał i nie czekając na odpowiedź, kontynuował. - Mam dla pani dobrą wiadomość. Płynne leki zadziałały tak jak powinny, więc pozostałe będzie przyjmować pani doustnie. I teraz najlepsze.. Może pani wrócić do domu. Mam ze sobą recepty i proszę zgłaszać się na regularne kontrolę do doktora Janowicza. Poradzi pani sobie sama? - spytał, widząc jak siadam z nogami opuszczonymi na ziemie. Skinęłam jedynie głową i powoli wstałam. - W takim razie panie Zbyszku, proszę za mną. - powiedział, wychodząc. Zbyszek ruszył za nim i zostałam w sali sama. Zdezorientowana zaczęłam się pakować. Dlaczego wypisują mnie tak niespodziewanie? Może upewnili się, że już nie zdołają mi pomóc i chcą, żebym te.. Właśnie. Ile mi jeszcze zostało? Tydzień, dwa, miesiąc? Tak. Na pewno, chcą żebym te ostatnie dni spędziła w gronie najbliższych. Tylko dlaczego mi tego nie powiedzą? Do cholery.. Jestem już dorosła i mam prawo wiedzieć takie rzeczy.. Dlaczego nikt mnie tutaj nie traktuje poważnie?
Oczami Zbyszka...
Wyszedłem z sali za lekarzem i razem weszliśmy do jego gabinetu.
- Chciałem z panem jeszcze porozmawiać. - powiedział, siadając za biurkiem.
- Coś nie tak z Julką? - spytałem szybko.
- Nie, jeśli chodzi o jej stan zdrowia to wszystko jest w porządku, ale chodzi mi bardziej o jej psychikę. Proponowałbym, żeby namówił ją pan na wizytę u psychologa. Nadal nie wiemy dlaczego tak się zachowuję.
- Postaram się, ale ona jest dość uparta.. - skrzywiłem się.
- Proszę przynajmniej spróbować.. A do tej pory, niech ktoś przy niej będzie.. Nie wiemy co ona sobie wyobraża i co myśli..
- Chce pan powiedzieć, że ona może próbować się zabić? - spytałem przerażony.
- Nie. Nie sądzę, żeby jej psychika, aż tak się zmieniła. Nie jestem psychiatrą, ale wydaję mi się, że jej depresja może się pogłębić. Pan jest jej partnerem?
- To dość skomplikowane. Wydaje mi się, że jest z nią lepiej.. Odzywała się do mnie..
- Ale tylko do pana. - zauważył. - Dlatego właśnie rozmawiam z panem.
- Spróbuję ją namówić, a jak się nie zgodzi to zaciągnę ją tam siłą. Nie pozwolę, żeby stało jej się coś złego. Teraz kiedy wyszła z tego wszystkiego..
- Cieszę się. - powiedział, wstając. - Proszę iść teraz po nią i razem odbierzcie wypis z recepcji. Powodzenia. - dodał, wyciągając rękę.
- Dziękuję za wszystko. - odparłem i wyszedłem. Zadzwoniłem do jej rodziców i na lotnisko, żeby zarezerwować bilety. Gdy wróciłem na salę Julka stała odwrócona do mnie tyłem i patrzyła przez okno. - Jesteś gotowa? - spytałem nieśmiało. Popatrzyła na mnie i skinęła głową. Wziąłem jej torbę i razem ruszyliśmy powoli długim korytarzem w stronę recepcji. Była bardzo słaba, a jedzenie podawane jej dożylnie sprawiło, że nie była już szczupła, tylko zwyczajnie wychudzona. Wzięliśmy wypis i wyszliśmy przed klinikę. Staliśmy w milczeniu, czekając na taksówkę.
- Nie jest Ci zimno? - spytałem. Na dworze był mróz, a z nieba sypał dość spory śnieg.
- Nie. Jest ok.. - mruknęła, chowając połowę twarzy pod wełniany szalik. Po chwili przyjechała nasza taksówka. Godzinę później byliśmy na lotnisku, gdzie czekali już na nas jej rodzice.
- Kochanie dobrze się czujesz? - jej tata podszedł do niej i ją przytulił. Skinęła jedynie głową. - W domu wszyscy na ciebie czekają. Chcieli przylecieć, ale stwierdziłem, że narobiliby tylko niepotrzebnego zamieszania. Zobaczysz wszystko będzie dobrze..
- Chyba już na nas pora. - powiedziałem i ruszyłam pierwszy w stronę odprawy.
Wylądowaliśmy na lotnisku w Warszawie i moim samochodem pojechaliśmy do domu. Cały czas myślałem o słowach doktora. Przecież to nie możliwe, żeby Julka miała, aż takie myśli. Przecież wraca do domu, jest zdrowa.. Nie ma powodu do tego, żeby coś sobie zrobić. Na wszelki wypadek jednak spróbuję ją namówić na wizytę u psychologa.
Podjechaliśmy pod dom i opróżniliśmy całą zawartość bagażnika. Obładowani torbami weszliśmy do środka. W salonie było pełno ludzi, którzy gdy nas tylko zobaczyli krzyknęli "Niespodzianka". Patrzyłem to na nich to na Julkę, na której twarzy malowało się zdziwienie. Widocznie była zaskoczona bardziej, niż ja. Po chwili stała się ich maskotką. Wszyscy zaczęli ją pocieszać i przytulać. Jej wątłe ciałko wędrowało od jednych ramion do drugich. Ona się jednak nie odzywała, tylko słuchała. Gdy każdy z zebranych powiedział już kilka słów, wszyscy zajęliśmy miejsca. Julka usiadła obok mnie i wzięła szklankę z wodą. Panował straszny gwar. Wszyscy wchodzili sobie w słowo i nawet dla mnie było to przytłaczające.
- Pójdę do łazienki. - szepnęła w moją stronę, po czym wstała i wyszła, ignorując pytania o to dokąd idzie.
- Strasznie schudła.. - pokręciła głową Laura. - Nie karmili jej tam?
- Ona sama nie chciała jeść, więc musieli podawać jej jedzenie dożylnie. - odpowiedział pan Walkiewicz, który siedział obok niej.
- Dlaczego się nie odzywa? Odkąd weszliście nie powiedziała kompletnie nic. - zauważyła Hania.
- Już w szpitalu była taka. Nie odezwała się do nas w ogóle.. - odparła jej mama, siedząc z założonymi rękami. - Jej lekarz mówił, że cierpi na depresje..
- Nie rozumiem dlaczego nikomu nie powiedziała o tym, że idzie do szpitala.. Nie byłaby sama i lepiej by to wszystko zniosła.. - Justin był wyraźnie zdenerwowany.
- Tak, do ciebie na pewno mogła napisać skoro na nią naskoczyłeś. - oburzyła się Hania.
- Nie pierwszy raz. Ona dobrze wie, że zawsze mi to przechodzi..
- Nie kłóćcie się. - przerwała im Laura. Patrzyłem co jakiś czas w kierunku drzwi, ale Julka się w nich nie pojawiała. Zaniepokojony wstałem i ruszyłem w stronę łazienki. Zapukałem lekko.
- Julka wszystko w porządku? - spytałem. Cisza. - Jula otwórz.. - poprosiłem. Nic. Nacisnąłem lekko klamkę i otworzyłem drzwi. - Julka...
_________________
Udało mi się dodać rozdział w terminie, ale nie wiem co będzie z następnym.. Postaram się dodać w piątek, a jeśli nie to w sobotę będzie już na pewno :) Proszę o komentarze, to naprawdę ogromna motywacja.. :)
niedziela, 8 września 2013
Rozdział XXX - "Rozmyślanie o śmierci jest rozmyślaniem o wolności."
Sen. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę jak skomplikowany jest ludzki umysł. Jakie myśli przychodzą człowiekowi do głowy, gdy przez dłuższy czas przebywa sam ze sobą. Nawet sny są inne. Nierealne, wyimaginowane, a czasami nawet przerażające. Jakie to dziwne uczucie budzić się, kończąc koszmar i rozglądając się, uświadamiać sobie, że jest się w innym, gorszym. Wiedzieć, że z niego już się nie wybudzisz. Nie wystarczy otworzyć oczu, żeby obraz szpitala zniknął. Jedyne co można zrobić to zamknąć oczy i zmusić organizm do ponownego zaśnięcia. Chcesz wrócić do poprzedniego koszmaru, żeby uciec z miejsca, w którym znajdujesz się naprawdę.
Sen. Ucieczka od rzeczywistości. Ucieczka od ludzi, którzy patrzą na ciebie jak na jednego z wielu. Jak na kolejny "przypadek", któremu trzeba pomóc, żeby mógł dalej egzystować. Pielęgniarki uśmiechające się sztucznie i zapewniające, że wszystko będzie dobrze. Nie rozumiejące jak to jest leżeć i patrzeć w sufit. Czuć się jak warzywo, wyprane z emocji i pozbawione jakiejkolwiek przyszłości.
Sen. Jedyne co pozwala mi w tym momencie odpocząć. Mam dość patrzenia nieustannie w okno. Mam dość widoku prószącego śniegu i miasta tętniącego życiem. Mam dość widoku uśmiechniętych pielęgniarek, krzątających się przy moim łóżku. Mam dosyć lekarza, pytającego codziennie o to jak się czuję. Chcę, żeby to wszystko się skończyło. Chcę, wrócić do mojego normalnego życia. Chcę, wyjść z tych pieprzonych czterech ścian, których kolor przyprawia mnie niemalże o mdłości.
Zgubiłam się gdzieś pomiędzy rzeczywistością, a marzeniami sennymi. Stałam się kimś innym, kimś zupełnie obcym dla samej siebie..
***
Oczami Zbyszka...
Razem z Justinem i rodzicami Julki wylądowaliśmy na lotnisku w Berlinie. Nie rozmawialiśmy wiele. Każdy zastanawiał się jak to będzie gdy dotrzemy do celu. W jakim stanie będzie Julka i co powie jej lekarz. Wydawało mi się, że nie dociera jeszcze do mnie to wszystko. Jeżdżę po stolicy Niemiec szukając kobiety, którą kocham, a jeszcze wczoraj narzekałem na rutynę. Julka nawet nieświadomie sprawiała, że moje życie nabierało sensu.
Wzięliśmy taksówkę i po godzinie byliśmy pod kliniką. Chcieliśmy wejść do środka, ale drogę zastawił nam ochroniarz.
- Państwo do kogo? - spytał po niemiecku, ale widząc, że nie rozumiemy zadał to samo pytanie w języku angielskim.
- Jesteśmy rodziną Julki Walkiewicz. - odpowiedział jej tata, zniecierpliwiony.
- A ja jestem Królową Elżbietą II. - za ironizował. - Julie Walkiewicz nie znajduję się w tej klinice.
- Niech mnie pan nie denerwuję! Jestem jej ojcem i mam prawo tam wejść! - krzyknął zdenerwowany.
- A ja mam prawo nie wpuścić pana, bo to prywatna klinika! A Julie Walkiewicz tam nie ma - on też powoli tracił cierpliwość.
- Spokojnie. - złapałem go za ramie. - Zadzwonimy do doktora Janowicza i spytamy, czy to na pewno ta klinika. Zdenerwowanie tutaj nie pomoże.
- Masz racje. - powiedział już spokojniej. Odszedł na bok, żeby zadzwonić. Chwilę po tym jak wrócił w głównych drzwiach stanął wysoki mężczyzna ubrany w kitel.
- Pan Walkiewicz jak mniemam. - uścisnął rękę najpierw jemu, a potem mi i Justinowi. - Przepraszam za to całe zamieszanie, ale sama Julie o to prosiła. Nie chciała, żeby ktoś dowiedział się o tym, że tu przebywa. Naszym obowiązkiem jest chronić jej prywatność.
- Dobrze nieważne. - odparł, zniecierpliwiony. - Proszę mi powiedzieć co jej jest? Jak się czuję i czy możemy ją zobaczyć?
- Zapraszam do mnie gabinetu. Wszystko na spokojnie państwu wyjaśnię. - powiedział, wchodząc do jakiegoś pomieszczenia. Weszliśmy za nim i zajęliśmy miejsca na przeciwko.- Rozumiem, że mogę mówić, przy tych panach?
- Tak. To są jej przyjaciele. - odpowiedział, patrząc na nas.
- A więc po kolei. Ponad miesiąc temu skontaktował się ze mną doktor Janicki, a już tydzień potem poznałem Julkę. Ma dość nietypowy rodzaj wady serca, który co prawda nie wymaga leczenia, ale pozostawiony zwiększa ryzyko wystąpienia udaru mózgu lub niewydolności serca. Państwa córka zdecydowała się na leczenie, żeby nie żyć w ciągłym strachu. Zaczęliśmy leczenie farmakologiczne. Jeśli ono nie przyniesie skutków wymagane będzie leczenie chirurgiczne.
- To znaczy?
- W najgorszym wypadku dojdzie do przeszczepu serca. - odpowiedział. - Ale wątpię, żeby była taka konieczność. - dodał szybko, widząc naszą reakcje.
- Jak ona się teraz czuję? - spytała jej mama, spodziewając się już chyba wszystkiego.
- Jeśli chodzi o stan zdrowia to jest wszystko w porządku. Leki działają tak jak się tego spodziewaliśmy. Jednak w tym wszystkim najgorsza jest jej psychika. Podejrzewamy, że cierpi na depresje.
- Słucham?
- Na początku leczenia było wszystko w porządku. Była słaba, ale rozmawiała z pielęgniarkami, uśmiechała się i co najważniejsze jadła. Z każdym dniem jest jednak coraz gorzej. Przestała się odzywać i jeść. Większość czasu zajmuje jej sen, a jeśli nie może się do tego zmusić patrzy przez okno lub w sufit. Nasz psycholog próbuje z nią rozmawiać, ale bez skutecznie. Może państwu uda się z nią porozmawiać. Potrzebuje teraz wsparcia.
- Wyjdzie z tego? - spytał jej tata, którego twarz miała tak blady kolor, że gdyby nie ruch można byłoby powiedzieć, że nie żyje.
- Żeby wyszła z depresji potrzebuje wsparcia. Problem polega na tym, że nie wiemy czym depresja jest spowodowana. Samotnością, chorobą, czy czymś zupełnie innym. Nie możemy stwierdzić co jej siedzi w głowie, bo do nikogo się nie odzywa.
- Możemy się z nią zobaczyć? - spytałem, nie chcąc dłużej tego słuchać. Chciałem ją zobaczyć, dotknąć. Mieć pewność, że jest bezpieczna.
- Oczywiście. Proszę za mną. - odparł, wstając. Szliśmy za nim, długim korytarzem, aż w końcu dotarliśmy pod drzwi z numerem 7. Właśnie wychodziła z nich pielęgniarka z obiadem na tacy.
- Śpi? - spytał jej lekarz.
- Właśnie się obudziła, ale tak jak zwykle nawet na mnie nie popatrzyła. - wzruszyła ramionami i odeszła. Otworzył drzwi i wszedł do środka. Wziąłem głęboki oddech i wszedłem za Justinem. Leżała patrząc przed siebie i prawie w ogóle nie mrugając.
- Julie masz gości. - odezwał się do niej spokojnie. Nie popatrzyła na niego, nie sprawdziła kto przyszedł jedynie odwróciła głowę na okna i wbiła w nie spojrzenie. Podeszliśmy do jej łóżka, a doktor skinął głową w stronę pani Walkiewicz.
- Julka.. - powiedziała cicho. Poskutkowało, bo przeniosła na nią spojrzenie, które wszystkich przeraziło. Była w nim pustka. Nie byłem nawet pewien, czy nas rozpoznaje. Spojrzała potem na swojego ojca, potem na Justina, a w końcu na mnie. Patrzyłem na jej bladą twarz i wiedziałem, że gdzieś tam w środku jest dawna Julka. Roześmiana, rozgadana, wesoła dziewczyna w której się zakochałem. Pan Walkiewicz ruszył w jej stronę powoli, ale gdy wyciągnął rękę, aby dotknąć jej dłoni, szybko ją cofnęła i ponownie odwróciła głowę w stronę okna. Nikt nic nie powiedział. Staliśmy bezruchu patrząc na nią, ale ona tego nie zauważyła. Rozmyślała o czymś, będąc we własnym świecie, aż w końcu zamknęła oczy i zasnęła.
***
Stoję na placu zabaw i obserwuje bawiące się dzieci. Słysze ich śmiechy i rozmowy. Patrzę na małego chłopca, który biegnie do mamy z małym bukiecikiem żółtych mleczy. Uśmiecham się widząc promienny uśmiech na jej twarzy. Odwracam głowę i widzę starszą, pulchną kobietę, trzymającą za rękę małą dziewczynkę. Podchodzę bliżej i widzę jej roześmianą twarzyczkę. W nienaturalnie wielkich brązowych oczach szaleją iskierki radości. Nagle puszcza rękę babci i biegnie na huśtawkę, słysząc zaniepokojony głos kobiety, która krzyczy, żeby się trzymała. Po chwili zmienia decyzję i biegnie do piaskownicy. Gdy próbuję do niej wejść, potyka się i upada. Jej opiekunka podbiega do niej tak szybko na ile pozwala jej sędziwy wiek. Obie spodziewamy się usłyszeć płacz małej dziewczynki, ale ona tylko wstaje, otrzepuje białe rajstopki i próbując jeszcze raz wchodzi do piaskownicy.
Scena się zmienia. Siedzę na trybunach w najlepszym wrocławskim liceum. Wokół mnie ludzie krzyczą, cieszą się i podskakują. Zaraz rozpocznie się mecz. Patrzę na boisko i mój wzrok zatrzymuje się na wysokiej dziewczynie z ciemnymi włosami i wielkimi, brązowymi oczami. Rozpoznaję w niej tą małą dziewczynkę z placu zabaw. Stoi na środku, mierząc wzrokiem trybuny. Rozczarowana odwraca się tyłem i jako kapitan zespołu daje drużynie ostatnie wskazówki. Mecz się rozpoczyna. Nikt nie ma wątpliwości kto jest liderem zespołu. Ciemnowłosa dziewczyna znęca się nad przeciwnikami swoją zagrywką i atakami, doprowadzając tym samym do bezproblemowego zwycięstwa swojej drużyny. Nikogo nie dziwi to, że zostaje wybrana najepszą zawodniczką dzisiejszego meczu. Patrzę na nią i widzę, że nie cieszy się z tego. Pod lekkim uśmiechem skryty jest niepokój. Opuszcza szybko boisko. Idzie do szatni i nie czekając na nikogo wychodzi ze szkoły. Musi być jesienny poranek bo na dworze jest szaro i smutno. Dziewczyna biegiem przemierza kolejne ulice i w końcu dociera nie miejsce. Wchodzi do mieszkania i woła babcię. Odpowiada jej jedynie głucha cisza. Wchodzi do jej sypialni i widzi starszą kobietę leżącą bezruchu na łóżku. Nie podbiega do niej. Nie próbuje jej obudzić. Nie jest już tą małą dziewczynką, która prawdopodobnie myślałaby, że babcia śpi. Po jej policzkach spływają łzy, ale wyciera je szybko stanowczym ruchem, wyciąga telefon z kieszeni i wybiera numer pogotowia. Po chwili osuwa się po ścianie, pozwalając łzom swobodnie płynąć. W tym momencie uświadamia sobie, że straciła najważniejszą osobę w jej życiu.
Otwieram oczy tylko po to, żeby z jednego koszmaru przenieść się w drugi. Patrzę przed siebie zastanawiając się co dzieję się teraz z babcią. Słyszę, że drzwi się otwierają, a do pomieszczenia wchodzi lekarz i mówi, że mam gości. Odwracam mimowolnie głowę w stronę okna. Nie chce patrzeć na kolejnego psychologa. Nie chce kolejny raz czuć się jak wariatka. Chcę zostać sama i zastanawiać się gdzie teraz jest babcia. Na pewno poszła do nieba. Była aniołem już na ziemii, więc nie było innego wyjścia. Moje rozmyślenia znów przerywa głos, tym razem kobiecy. Poznaję go, więc odwracam głowę i patrzę na moją matkę. Na kobietę, która powinna być mi najbliższa, a nie jest. Patrzę pustym wzrokiem w jej wielkie brązowe oczy, które szklą się od łez. Nigdy nie widziałam, żeby płakała. Nawet kiedyś zastanawiałam się, czy uroniłaby łzę na moim pogrzebie. Pewnie tak. Przenoszę spojrzenie na mężczyznę obok. Mój ojciec. Zaniepokojony, ale też lekko przerażony patrzy na mnie, tak jakby mnie nie poznawał. Obok niego stoi Justin. Jego szeroko otwarte oczy i usta wyrażają zdziwienie i strach. W końcu patrzę na ostatniego gościa. Tylko on patrzy na mnie tak jak dawniej. Oczywiście jest przerażony, ale patrzy na mnie jak na kobietę swojego życia. Jak na osobę, która jest dla niego najważniejsza. Nie liczy sie to jak wygląda lub jak się zachowuję. Ważne, że żyje. Ojciec podchodzi powoli do mnie, a ja niechętnie przenoszę na niego wzrok. Zbliża swoją rękę do mojej, a ja odruchowo ją cofam. Odwracam głowę i patrzę na krajobraz Berlina, zastanawiając się gdzie teraz jest babcia. Czy niebo naprawdę istnieje? Co dzieje się z człowiekiem po śmierci? Po prostu znika, a kolejne pokolenia o nim zapominają? Jest tak, jakby w ogóle go nie było? Może patrzy gdzieś z góry na najbliższych? Jest takim aniołem stróżem swojej rodziny. A jeśli ja umrę? Czy pójdę do nieba? Ja nie byłam aniołem tak jak babcia. Ja nie miałam tak wielkiego serca. Może po prostu zniknę? Nie będę istniała pod żadną postacią. Będzie tak, jakby w ogóle mnie nie było. Każdy myśli, że jego śmierć będzie końcem świata, a nikt nie zdaje sobie sprawy, że to będzie koniec jego świata. Ludzie będą o mnie mówić. Będą dziwić się mojej śmierci, może uronią kilka łez, a potem zapomną. Wrócą do codzienności, od czasu do czasu wracając do wspomnień o mnie. Mój ból, moja miłość, moje pragnienia odejdą razem ze mną i nie zostanie po nich nawet puste miejsce, bo na ziemi nie ma takich miejsc.
______________________
Następny rozdział może się opóźnić, bo niestety cierpię na brak weny, a powyższy był ostatnim jaki miałam w roboczych.. :(
Bardzo proszę o komentarze :)
Sen. Ucieczka od rzeczywistości. Ucieczka od ludzi, którzy patrzą na ciebie jak na jednego z wielu. Jak na kolejny "przypadek", któremu trzeba pomóc, żeby mógł dalej egzystować. Pielęgniarki uśmiechające się sztucznie i zapewniające, że wszystko będzie dobrze. Nie rozumiejące jak to jest leżeć i patrzeć w sufit. Czuć się jak warzywo, wyprane z emocji i pozbawione jakiejkolwiek przyszłości.
Sen. Jedyne co pozwala mi w tym momencie odpocząć. Mam dość patrzenia nieustannie w okno. Mam dość widoku prószącego śniegu i miasta tętniącego życiem. Mam dość widoku uśmiechniętych pielęgniarek, krzątających się przy moim łóżku. Mam dosyć lekarza, pytającego codziennie o to jak się czuję. Chcę, żeby to wszystko się skończyło. Chcę, wrócić do mojego normalnego życia. Chcę, wyjść z tych pieprzonych czterech ścian, których kolor przyprawia mnie niemalże o mdłości.
Zgubiłam się gdzieś pomiędzy rzeczywistością, a marzeniami sennymi. Stałam się kimś innym, kimś zupełnie obcym dla samej siebie..
***
Oczami Zbyszka...
Razem z Justinem i rodzicami Julki wylądowaliśmy na lotnisku w Berlinie. Nie rozmawialiśmy wiele. Każdy zastanawiał się jak to będzie gdy dotrzemy do celu. W jakim stanie będzie Julka i co powie jej lekarz. Wydawało mi się, że nie dociera jeszcze do mnie to wszystko. Jeżdżę po stolicy Niemiec szukając kobiety, którą kocham, a jeszcze wczoraj narzekałem na rutynę. Julka nawet nieświadomie sprawiała, że moje życie nabierało sensu.
Wzięliśmy taksówkę i po godzinie byliśmy pod kliniką. Chcieliśmy wejść do środka, ale drogę zastawił nam ochroniarz.
- Państwo do kogo? - spytał po niemiecku, ale widząc, że nie rozumiemy zadał to samo pytanie w języku angielskim.
- Jesteśmy rodziną Julki Walkiewicz. - odpowiedział jej tata, zniecierpliwiony.
- A ja jestem Królową Elżbietą II. - za ironizował. - Julie Walkiewicz nie znajduję się w tej klinice.
- Niech mnie pan nie denerwuję! Jestem jej ojcem i mam prawo tam wejść! - krzyknął zdenerwowany.
- A ja mam prawo nie wpuścić pana, bo to prywatna klinika! A Julie Walkiewicz tam nie ma - on też powoli tracił cierpliwość.
- Spokojnie. - złapałem go za ramie. - Zadzwonimy do doktora Janowicza i spytamy, czy to na pewno ta klinika. Zdenerwowanie tutaj nie pomoże.
- Masz racje. - powiedział już spokojniej. Odszedł na bok, żeby zadzwonić. Chwilę po tym jak wrócił w głównych drzwiach stanął wysoki mężczyzna ubrany w kitel.
- Pan Walkiewicz jak mniemam. - uścisnął rękę najpierw jemu, a potem mi i Justinowi. - Przepraszam za to całe zamieszanie, ale sama Julie o to prosiła. Nie chciała, żeby ktoś dowiedział się o tym, że tu przebywa. Naszym obowiązkiem jest chronić jej prywatność.
- Dobrze nieważne. - odparł, zniecierpliwiony. - Proszę mi powiedzieć co jej jest? Jak się czuję i czy możemy ją zobaczyć?
- Zapraszam do mnie gabinetu. Wszystko na spokojnie państwu wyjaśnię. - powiedział, wchodząc do jakiegoś pomieszczenia. Weszliśmy za nim i zajęliśmy miejsca na przeciwko.- Rozumiem, że mogę mówić, przy tych panach?
- Tak. To są jej przyjaciele. - odpowiedział, patrząc na nas.
- A więc po kolei. Ponad miesiąc temu skontaktował się ze mną doktor Janicki, a już tydzień potem poznałem Julkę. Ma dość nietypowy rodzaj wady serca, który co prawda nie wymaga leczenia, ale pozostawiony zwiększa ryzyko wystąpienia udaru mózgu lub niewydolności serca. Państwa córka zdecydowała się na leczenie, żeby nie żyć w ciągłym strachu. Zaczęliśmy leczenie farmakologiczne. Jeśli ono nie przyniesie skutków wymagane będzie leczenie chirurgiczne.
- To znaczy?
- W najgorszym wypadku dojdzie do przeszczepu serca. - odpowiedział. - Ale wątpię, żeby była taka konieczność. - dodał szybko, widząc naszą reakcje.
- Jak ona się teraz czuję? - spytała jej mama, spodziewając się już chyba wszystkiego.
- Jeśli chodzi o stan zdrowia to jest wszystko w porządku. Leki działają tak jak się tego spodziewaliśmy. Jednak w tym wszystkim najgorsza jest jej psychika. Podejrzewamy, że cierpi na depresje.
- Słucham?
- Na początku leczenia było wszystko w porządku. Była słaba, ale rozmawiała z pielęgniarkami, uśmiechała się i co najważniejsze jadła. Z każdym dniem jest jednak coraz gorzej. Przestała się odzywać i jeść. Większość czasu zajmuje jej sen, a jeśli nie może się do tego zmusić patrzy przez okno lub w sufit. Nasz psycholog próbuje z nią rozmawiać, ale bez skutecznie. Może państwu uda się z nią porozmawiać. Potrzebuje teraz wsparcia.
- Wyjdzie z tego? - spytał jej tata, którego twarz miała tak blady kolor, że gdyby nie ruch można byłoby powiedzieć, że nie żyje.
- Żeby wyszła z depresji potrzebuje wsparcia. Problem polega na tym, że nie wiemy czym depresja jest spowodowana. Samotnością, chorobą, czy czymś zupełnie innym. Nie możemy stwierdzić co jej siedzi w głowie, bo do nikogo się nie odzywa.
- Możemy się z nią zobaczyć? - spytałem, nie chcąc dłużej tego słuchać. Chciałem ją zobaczyć, dotknąć. Mieć pewność, że jest bezpieczna.
- Oczywiście. Proszę za mną. - odparł, wstając. Szliśmy za nim, długim korytarzem, aż w końcu dotarliśmy pod drzwi z numerem 7. Właśnie wychodziła z nich pielęgniarka z obiadem na tacy.
- Śpi? - spytał jej lekarz.
- Właśnie się obudziła, ale tak jak zwykle nawet na mnie nie popatrzyła. - wzruszyła ramionami i odeszła. Otworzył drzwi i wszedł do środka. Wziąłem głęboki oddech i wszedłem za Justinem. Leżała patrząc przed siebie i prawie w ogóle nie mrugając.
- Julie masz gości. - odezwał się do niej spokojnie. Nie popatrzyła na niego, nie sprawdziła kto przyszedł jedynie odwróciła głowę na okna i wbiła w nie spojrzenie. Podeszliśmy do jej łóżka, a doktor skinął głową w stronę pani Walkiewicz.
- Julka.. - powiedziała cicho. Poskutkowało, bo przeniosła na nią spojrzenie, które wszystkich przeraziło. Była w nim pustka. Nie byłem nawet pewien, czy nas rozpoznaje. Spojrzała potem na swojego ojca, potem na Justina, a w końcu na mnie. Patrzyłem na jej bladą twarz i wiedziałem, że gdzieś tam w środku jest dawna Julka. Roześmiana, rozgadana, wesoła dziewczyna w której się zakochałem. Pan Walkiewicz ruszył w jej stronę powoli, ale gdy wyciągnął rękę, aby dotknąć jej dłoni, szybko ją cofnęła i ponownie odwróciła głowę w stronę okna. Nikt nic nie powiedział. Staliśmy bezruchu patrząc na nią, ale ona tego nie zauważyła. Rozmyślała o czymś, będąc we własnym świecie, aż w końcu zamknęła oczy i zasnęła.
***
Stoję na placu zabaw i obserwuje bawiące się dzieci. Słysze ich śmiechy i rozmowy. Patrzę na małego chłopca, który biegnie do mamy z małym bukiecikiem żółtych mleczy. Uśmiecham się widząc promienny uśmiech na jej twarzy. Odwracam głowę i widzę starszą, pulchną kobietę, trzymającą za rękę małą dziewczynkę. Podchodzę bliżej i widzę jej roześmianą twarzyczkę. W nienaturalnie wielkich brązowych oczach szaleją iskierki radości. Nagle puszcza rękę babci i biegnie na huśtawkę, słysząc zaniepokojony głos kobiety, która krzyczy, żeby się trzymała. Po chwili zmienia decyzję i biegnie do piaskownicy. Gdy próbuję do niej wejść, potyka się i upada. Jej opiekunka podbiega do niej tak szybko na ile pozwala jej sędziwy wiek. Obie spodziewamy się usłyszeć płacz małej dziewczynki, ale ona tylko wstaje, otrzepuje białe rajstopki i próbując jeszcze raz wchodzi do piaskownicy.
Scena się zmienia. Siedzę na trybunach w najlepszym wrocławskim liceum. Wokół mnie ludzie krzyczą, cieszą się i podskakują. Zaraz rozpocznie się mecz. Patrzę na boisko i mój wzrok zatrzymuje się na wysokiej dziewczynie z ciemnymi włosami i wielkimi, brązowymi oczami. Rozpoznaję w niej tą małą dziewczynkę z placu zabaw. Stoi na środku, mierząc wzrokiem trybuny. Rozczarowana odwraca się tyłem i jako kapitan zespołu daje drużynie ostatnie wskazówki. Mecz się rozpoczyna. Nikt nie ma wątpliwości kto jest liderem zespołu. Ciemnowłosa dziewczyna znęca się nad przeciwnikami swoją zagrywką i atakami, doprowadzając tym samym do bezproblemowego zwycięstwa swojej drużyny. Nikogo nie dziwi to, że zostaje wybrana najepszą zawodniczką dzisiejszego meczu. Patrzę na nią i widzę, że nie cieszy się z tego. Pod lekkim uśmiechem skryty jest niepokój. Opuszcza szybko boisko. Idzie do szatni i nie czekając na nikogo wychodzi ze szkoły. Musi być jesienny poranek bo na dworze jest szaro i smutno. Dziewczyna biegiem przemierza kolejne ulice i w końcu dociera nie miejsce. Wchodzi do mieszkania i woła babcię. Odpowiada jej jedynie głucha cisza. Wchodzi do jej sypialni i widzi starszą kobietę leżącą bezruchu na łóżku. Nie podbiega do niej. Nie próbuje jej obudzić. Nie jest już tą małą dziewczynką, która prawdopodobnie myślałaby, że babcia śpi. Po jej policzkach spływają łzy, ale wyciera je szybko stanowczym ruchem, wyciąga telefon z kieszeni i wybiera numer pogotowia. Po chwili osuwa się po ścianie, pozwalając łzom swobodnie płynąć. W tym momencie uświadamia sobie, że straciła najważniejszą osobę w jej życiu.
Otwieram oczy tylko po to, żeby z jednego koszmaru przenieść się w drugi. Patrzę przed siebie zastanawiając się co dzieję się teraz z babcią. Słyszę, że drzwi się otwierają, a do pomieszczenia wchodzi lekarz i mówi, że mam gości. Odwracam mimowolnie głowę w stronę okna. Nie chce patrzeć na kolejnego psychologa. Nie chce kolejny raz czuć się jak wariatka. Chcę zostać sama i zastanawiać się gdzie teraz jest babcia. Na pewno poszła do nieba. Była aniołem już na ziemii, więc nie było innego wyjścia. Moje rozmyślenia znów przerywa głos, tym razem kobiecy. Poznaję go, więc odwracam głowę i patrzę na moją matkę. Na kobietę, która powinna być mi najbliższa, a nie jest. Patrzę pustym wzrokiem w jej wielkie brązowe oczy, które szklą się od łez. Nigdy nie widziałam, żeby płakała. Nawet kiedyś zastanawiałam się, czy uroniłaby łzę na moim pogrzebie. Pewnie tak. Przenoszę spojrzenie na mężczyznę obok. Mój ojciec. Zaniepokojony, ale też lekko przerażony patrzy na mnie, tak jakby mnie nie poznawał. Obok niego stoi Justin. Jego szeroko otwarte oczy i usta wyrażają zdziwienie i strach. W końcu patrzę na ostatniego gościa. Tylko on patrzy na mnie tak jak dawniej. Oczywiście jest przerażony, ale patrzy na mnie jak na kobietę swojego życia. Jak na osobę, która jest dla niego najważniejsza. Nie liczy sie to jak wygląda lub jak się zachowuję. Ważne, że żyje. Ojciec podchodzi powoli do mnie, a ja niechętnie przenoszę na niego wzrok. Zbliża swoją rękę do mojej, a ja odruchowo ją cofam. Odwracam głowę i patrzę na krajobraz Berlina, zastanawiając się gdzie teraz jest babcia. Czy niebo naprawdę istnieje? Co dzieje się z człowiekiem po śmierci? Po prostu znika, a kolejne pokolenia o nim zapominają? Jest tak, jakby w ogóle go nie było? Może patrzy gdzieś z góry na najbliższych? Jest takim aniołem stróżem swojej rodziny. A jeśli ja umrę? Czy pójdę do nieba? Ja nie byłam aniołem tak jak babcia. Ja nie miałam tak wielkiego serca. Może po prostu zniknę? Nie będę istniała pod żadną postacią. Będzie tak, jakby w ogóle mnie nie było. Każdy myśli, że jego śmierć będzie końcem świata, a nikt nie zdaje sobie sprawy, że to będzie koniec jego świata. Ludzie będą o mnie mówić. Będą dziwić się mojej śmierci, może uronią kilka łez, a potem zapomną. Wrócą do codzienności, od czasu do czasu wracając do wspomnień o mnie. Mój ból, moja miłość, moje pragnienia odejdą razem ze mną i nie zostanie po nich nawet puste miejsce, bo na ziemi nie ma takich miejsc.
______________________
Następny rozdział może się opóźnić, bo niestety cierpię na brak weny, a powyższy był ostatnim jaki miałam w roboczych.. :(
Bardzo proszę o komentarze :)
czwartek, 5 września 2013
Rozdział XXIX - "Choroba jest klasztorem, który ma swoją regułę, swoją ascezę, swoją ciszę i swoje natchnienia."
Oczami Zbyszka..
Wygraliśmy Mistrzostwa Europy i w wesołych nastrojach zakończyliśmy sezon reprezentacyjny. Ostatecznie zdecydowałem się przedłużyć kontrakt z rzeszowskim zespołem i teraz odpoczywałem przed sezonem klubowym. Od Julki nie miałem wiadomości. Nie wytrzymałem i kilkakrotnie do nie dzwoniłem, ale nie odbierała moich telefonów. Nie wiedziałem co się z nią dzieje bo w prasie też było o niej cicho. Z tego co wiedziałem z Igłą, czy Kubiakiem też się nie kontaktowała. Tęskniłem za nią. Po tak długim czasie rozłąki nadal mi jej brakowało. Wydaje mi się, że to właśnie jest miłość..
Od października wróciłem do klubu i próbowałem się pogodzić z tym, że Julka nie chce mieć ze mną nic wspólnego. Moje życie było jedną wielką rutyną. Wstawałem rano jadłem śniadanie i wychodziłem na trening. Jadłem obiad z chłopakami i znów trening. Do domu wracałem zmęczony, jadłem kolację i kładłem się spać. Tak wyglądało moje życie do pewnego listopadowego poranka.
Jak codziennie wstałem o 7. Ogarnąłem poranną toaletę i wszedłem do kuchni przygotować sobie jajecznicę, gdy usłyszałem dźwięk telefonu. Jak zwykle mając cichą nadzieję, że to Julka pobiegłem odebrać. Moje oczy miały wielkość monet pięciozłotowych, gdy na wyświetlaczu zobaczyłem imię Justina.
- Słucham. - powiedziałem niepewnie, przykładając telefon do ucha.
- Cześć Zbyszek z tej strony Justin. Wiem, że nasze ostatnie spotkanie było dość nieprzyjemne.. - urwał.
- Należało mi się. - odparłem.
- W każdym bądź razie dzwonie, żeby zapytać czy miałeś ostatnio kontakt z Julką?
- Nie. Nie rozmawiałem z nią od wesela. A stało się coś?
- Tak właściwie to nie wiem.. - odpowiedział. - Na weselu się pokłóciliśmy bo powiedziałem za dużo i wyjechałem. Ogarnąłem się dopiero trzy tygodnie później, ale nie odbiera ode mnie telefonu. Zadzwoniłem do jej taty, ale do niego też się nie odzywała. Byłem w jej domu w USA, ale tam jej nie ma.
- Jej rodzice nie wiedzą gdzie jest? - spytałem zdziwiony.
- Nie. Jakieś trzy tygodnie temu napisała panu Walkiewiczowi smsa, że wszystko jest ok. Od tamtej pory nie dawała znaku życia.
- A Hania lub Sam? Rozmawiałeś z nimi? Ona miała jeszcze jedną przyjaciółkę..
- Rozmawiałem ze wszystkimi i nikt nic nie wie. Ty byłeś ostatnią nadzieją.. - westchnął. -Wygląda na to, że się po prostu rozpłynęła.
- Jak to możliwe? Przecież paparazzi chodzą za nią cały czas.. Nikt nic nie wie?
- Też mnie to zastanawia. Od ponad miesiąca w prasie nie było o niej wzmianki. Jedynie o tym, że nie pojawiła się na MTV Awards.
- Zapytam chłopaków na treningu. Może do któregoś z nich się odezwała. Wiesz, że ona i Igła nie mogą bez siebie wytrzymać..
- Jak będziesz coś wiedział to daj znać. Jej ojciec odchodzi od zmysłów. Jak ją znajdę to ją uduszę gołymi rękami. - wycedził i się rozłączył.
Bez kawy, jajecznicy, a jedynie z małą kromką chleba wybiegłem z domu. Wrzuciłem torbę do bagażnika i ruszyłem w stronę Podpromia. Byłem pierwszy, więc przebrałem się i zniecierpliwiony czekałem na Igłę, jednocześnie zastanawiając się gdzie może być Julka. Pierwszy do szatni wparował Krzysiek.
- Siema. - przywitał się ze mną. - Stary mówię Ci, w domu mam istny sajgon..
- Przepraszam, opowiesz mi o tym później. Słuchaj miałeś jakieś wieści od Julki? Kontaktowała się z tobą?
- Nie. - odpowiedział, markotniejąc. - Dzwoniłem do niej kilkadziesiąt razy, zostawiając wiadomości na poczcie głosowej, ale nie odezwała się od wesela. Swoją drogą powinienem się obrazić za tak widoczne ignorowanie mojej osoby.. A co do Ciebie też się nie odzywała? Może nie powinieneś się unosić dumą i sam do niej zadzwonić?
- Myślisz, że nie próbowałem? Sądziłem, że tylko ode mnie nie odbiera telefonów, ale okazuję się, że ignoruję wszystkich. Dzwonił do mnie Justin i mówił, że nikt nie wie co się z nią dzieje, ani gdzie teraz jest. Jej ojciec podobno odchodzi od zmysłów, a ona napisała mu kilka tygodni temu, jedynie smsa, że wszystko jest ok. - wyjaśniłem.
- Nie ma jej w USA?
- Nie. Justin tam był i sprawdzał. - odparłem. Szatnia powoli wypełniała się zaspanymi zawodnikami. - Zadzwonię jeszcze do Kubiaka, a potem do Justina. - powiedziałem i wyszedłem z szatni na korytarz. Wybrałem numer Miśka, ale tak jak się spodziewałem do niego też się nie odzywała. Justin nie był zaskoczony, że dzwonie bez żadnych nowości. Był własnie na lotnisku i czekał na samolot do Polski. Razem z Igłą postanowiliśmy po piątkowym treningu jechać do Warszawy, żeby być na bieżąco.
Po nieprzespanej nocy i najdłuższym treningu w moim życiu w końcu wyszliśmy z Igłą z Podpromia i wsiedliśmy do mojego samochodu. Drogę pokonaliśmy łamiąc przy tym kilka przepisów i po niecałej godzinie byliśmy już na miejscu. Drzwi otworzyła nam starsza, poważniejsza wersja Julki. Ciemne długie włosy upięte miała w kok, a wielkie brązowe oczy wyglądały jakby domagały się snu. Bez słowa wpuściła nas do środka, jakby nie miała siły się przywitać. Weszliśmy do salonu, gdzie zastaliśmy pana Walkiewicza, Laurę, Justina, Hanie i Sama.
- Cześć. - przywitaliśmy się cicho. - Macie jakieś wieści?
- Nic. Pytaliśmy chyba wszystkich, których zna i nikt nie miał z nią kontaktu. Przecież nie mogła rozpłynąć się w powietrzu. - odpowiedział nam Justin, upijając łyk brązowego trunku.
- Rozmawialiście z jej menadżerką? - spytał Igła.
- Nie pracuje już dla niej. Po tym jak Julka napisała jej smsa, że nie zagra w filmie, zwolniła się.
- Mogliśmy zostać w domu. - mruknęła cicho Laura. - Może gdybyśmy zostali, nie wyjechałaby.
- Ale my nawet nie wiemy, czy ona wyjechała. Może równie dobrze być gdzieś w Polsce. Nie rozumiem tylko dlaczego nie odzywa się do nikogo.
- Może powinniśmy zawiadomić policję? - spytała cicho Hania. A mi przyszło coś do głowy.
- A sprawdzaliście szpitale? Nie chce Was straszyć, ale już raz napadł ją psychopata z nożem. Całe szczęście, że była pod halą z której wychodziłem. - powiedziałem, patrząc jak na twarzach reszty pojawia się przerażenie.
- Zajme się tym. - odparła Hania, wyciągając telefon z kieszeni i otwierając laptopa.
- Może jej doktor będzie coś wiedział? - Laura wyszła na przedpokój z komórką przy uchu. - Nie mógł rozmawiać, ale powiedział, że może tutaj być za pół godziny. Jest gdzieś w pobliżu.
Czekaliśmy w napięciu na wizytę doktora. Nikt nic nie mówił. Cieszyliśmy się jedynie z tego, że Hania nie dostała pozytywnej odpowiedzi z żadnego szpitala. W końcu usłyszeliśmy dzwonek do drzwi. Do pomieszczenia za Laurą wszedł starszy, siwy mężczyzna w okularach na nosie.
- Witam państwa. - skinął głową w naszym kierunku.
- Doktorze dziękujemy, że pan przyszedł. - pan Walkiewicz podszedł do niego i uścisnął jego dłoń. - Chcieliśmy zapytać, czy miał pan ostatnio kontakt z Julką.
- Nie, osobiście z nią nie rozmawiałem, ale jestem w stałym kontakcie z jej lekarzem w Niemczech. - odpowiedział, jak gdyby nigdy nic. - A stało się coś? Jej stan się pogorszył?
- W Niemczech?
- To państwo nic nie wiedzą? - spytał wyraźnie zdumiony. - Radziłem Julce, żeby powiedziała najbliższym o swojej decyzji, ale widocznie mnie nie posłuchała..
- Chwila. Chce pan powiedzieć, że moja córka jest teraz w Niemczech? Co ona tam robi?
- Przykro mi, ale obowiązuje mnie tajemnica lekarska. Nie mogę panu nic więcej powiedzieć.
- Ale ja jestem jej ojcem! - krzyknął, wyraźnie zdenerwowany.
- Rozumiem, ale pana córka jest dorosła. Jeśli nie chciała państwu o tym mówić, to ja tym bardziej nie mogę zrobić tego za nią.
- Niech pan nam chociaż powie jak ona się czuję? Dlaczego sie z nami nie kontaktuje? - spytała cicho jej mama, patrząc na niego błagalnym wzrokiem.
- Z tego co wiem jej stan jest stabilny. Podejrzewam, że nie ma po prostu siły na kontakt z państwem. Dostaje silne leki, które ją osłabiają, ale pomagają. - odparł. - Najlepiej będzie jeśli państwo do niej po prostu polecą. Myślę, że pozwolą się państwu z nią zobaczyć. Chociaż proszę nie robić sobie wielkich nadziei na rozmowę. Podobno odkąd tam jest zapytała jedynie dlaczego tak się czuje. - wyjaśnił. - Mam nadzieję, że choć trochę pomogłem. Teraz muszę już iść bo pacjent na mnie czeka. Do widzenia. - skinął znowu głową i wyszedł razem z Laurą, która odprowadziła go do drzwi.
- Lecę do Niemiec. - powiedział pan Walkiewicz i wybiegł z pokoju. Za nim szybkim krokiem wyszła jego była żona. Stałem jak słup soli, analizując wszystko czego właśnie się dowiedziałem.
***
Leżę na łóżku, podpięta do płynnego leku. Patrzę w okno, za którym prószy pierwszy śnieg. Wspominam szczęśliwe dzieciństwo, gdy na ten sam widok skakałam z radości ciągnąc starszą, pulchną kobietę za rękę i domagając się wyjścia na sanki. Wspominam jej radosny uśmiech i słowa przestrogi, gdy zjeżdżałam z najwyższej górki. Kobieta była dla mnie babcią, matką i przyjaciółką. Patrzyła na moje upadki, pomagając się podnieść. Nie pozwoliła zrobić krzywdy swojej jedynej, kochanej wnuczce. Do czasu. Do czasu, gdy pewnego jesiennego poranka już się nie obudziła.
Leżę na łóżku, podpięta do płynnego leku. Zastanawiam się dlaczego ludzie umierają. Czy Bóg nie mógł sprawić, że wszyscy żyliby wieczne? Nie byłoby chorób, cierpienia i opłakiwania najbliższych osób. Nie byłoby szpitali, cmentarzy i pogrzebów. Przysięga kościelna nie miała by formuły "aż do śmierci", a kochankowie ślubowali by sobie miłość, wierność i uczciwość małżeńską na wieczność. Nie byłoby smutku, bólu i tęsknoty. Matki nie traciłyby dzieci, a dzieci nie traciłyby matek.
Leżę na łóżku, podpięta do płynnego leku. Zastanawiam się dlaczego na świecie jest tak wiele zła. Dlaczego ludzie niekiedy zachowują się jak zwierzęta. Czym kierują się seryjni mordercy, pedofile lub gwałciciele. Dlaczego nie dociera do nich, że krzywdzą innych i niszczą innym życie? Dlaczego alkoholicy, czy narkomani nie widzą swojego uzależnienia? Dlaczego kobiety się nie szanują? Pozwalają się wykorzystywać tylko po to, żeby trochę zarobić. Dlaczego ludzie głodują, żyją w nędzy i ubóstwie? Dlaczego jedni żyją ponad stan, a drudzy nie mają złamanego grosza?
Leżę na łóżku, podpięta do płynnego leku. Zastanawiam się co stało się z tamtą dziewczyną, którą byłam jeszcze miesiąc temu. Sławna, bogata otoczona gronem przyjaciół.
Dlaczego teraz jestem niemal przykuta do metalowego łóżka w samym sercu Niemiec?
Dlaczego otaczają mnie nieznajomi niemieccy lekarze i pielęgniarki, a nie to grono przyjaciół?
Dlaczego temperamentna dziewczyna nie ma siły rozmawiać z najbliższymi?
Dlaczego pełna życia i optymizmu dziewczyna spędza dni patrząc w okno na zimowy krajobraz Berlina?
Dlaczego zwariowana dziewczyna, która kiedyś nie mogła usiedzieć na miejscu rozważa tematy dotyczące cierpienia, bólu i śmierci?
Mówią, że przez leki.
___________________
Rozdział już jest :) Następny w niedziele :) Jak zwykle proszę o komentarze i życzę miłego pierwszego weekendu w roku szkolnym :)
Wygraliśmy Mistrzostwa Europy i w wesołych nastrojach zakończyliśmy sezon reprezentacyjny. Ostatecznie zdecydowałem się przedłużyć kontrakt z rzeszowskim zespołem i teraz odpoczywałem przed sezonem klubowym. Od Julki nie miałem wiadomości. Nie wytrzymałem i kilkakrotnie do nie dzwoniłem, ale nie odbierała moich telefonów. Nie wiedziałem co się z nią dzieje bo w prasie też było o niej cicho. Z tego co wiedziałem z Igłą, czy Kubiakiem też się nie kontaktowała. Tęskniłem za nią. Po tak długim czasie rozłąki nadal mi jej brakowało. Wydaje mi się, że to właśnie jest miłość..
Od października wróciłem do klubu i próbowałem się pogodzić z tym, że Julka nie chce mieć ze mną nic wspólnego. Moje życie było jedną wielką rutyną. Wstawałem rano jadłem śniadanie i wychodziłem na trening. Jadłem obiad z chłopakami i znów trening. Do domu wracałem zmęczony, jadłem kolację i kładłem się spać. Tak wyglądało moje życie do pewnego listopadowego poranka.
Jak codziennie wstałem o 7. Ogarnąłem poranną toaletę i wszedłem do kuchni przygotować sobie jajecznicę, gdy usłyszałem dźwięk telefonu. Jak zwykle mając cichą nadzieję, że to Julka pobiegłem odebrać. Moje oczy miały wielkość monet pięciozłotowych, gdy na wyświetlaczu zobaczyłem imię Justina.
- Słucham. - powiedziałem niepewnie, przykładając telefon do ucha.
- Cześć Zbyszek z tej strony Justin. Wiem, że nasze ostatnie spotkanie było dość nieprzyjemne.. - urwał.
- Należało mi się. - odparłem.
- W każdym bądź razie dzwonie, żeby zapytać czy miałeś ostatnio kontakt z Julką?
- Nie. Nie rozmawiałem z nią od wesela. A stało się coś?
- Tak właściwie to nie wiem.. - odpowiedział. - Na weselu się pokłóciliśmy bo powiedziałem za dużo i wyjechałem. Ogarnąłem się dopiero trzy tygodnie później, ale nie odbiera ode mnie telefonu. Zadzwoniłem do jej taty, ale do niego też się nie odzywała. Byłem w jej domu w USA, ale tam jej nie ma.
- Jej rodzice nie wiedzą gdzie jest? - spytałem zdziwiony.
- Nie. Jakieś trzy tygodnie temu napisała panu Walkiewiczowi smsa, że wszystko jest ok. Od tamtej pory nie dawała znaku życia.
- A Hania lub Sam? Rozmawiałeś z nimi? Ona miała jeszcze jedną przyjaciółkę..
- Rozmawiałem ze wszystkimi i nikt nic nie wie. Ty byłeś ostatnią nadzieją.. - westchnął. -Wygląda na to, że się po prostu rozpłynęła.
- Jak to możliwe? Przecież paparazzi chodzą za nią cały czas.. Nikt nic nie wie?
- Też mnie to zastanawia. Od ponad miesiąca w prasie nie było o niej wzmianki. Jedynie o tym, że nie pojawiła się na MTV Awards.
- Zapytam chłopaków na treningu. Może do któregoś z nich się odezwała. Wiesz, że ona i Igła nie mogą bez siebie wytrzymać..
- Jak będziesz coś wiedział to daj znać. Jej ojciec odchodzi od zmysłów. Jak ją znajdę to ją uduszę gołymi rękami. - wycedził i się rozłączył.
Bez kawy, jajecznicy, a jedynie z małą kromką chleba wybiegłem z domu. Wrzuciłem torbę do bagażnika i ruszyłem w stronę Podpromia. Byłem pierwszy, więc przebrałem się i zniecierpliwiony czekałem na Igłę, jednocześnie zastanawiając się gdzie może być Julka. Pierwszy do szatni wparował Krzysiek.
- Siema. - przywitał się ze mną. - Stary mówię Ci, w domu mam istny sajgon..
- Przepraszam, opowiesz mi o tym później. Słuchaj miałeś jakieś wieści od Julki? Kontaktowała się z tobą?
- Nie. - odpowiedział, markotniejąc. - Dzwoniłem do niej kilkadziesiąt razy, zostawiając wiadomości na poczcie głosowej, ale nie odezwała się od wesela. Swoją drogą powinienem się obrazić za tak widoczne ignorowanie mojej osoby.. A co do Ciebie też się nie odzywała? Może nie powinieneś się unosić dumą i sam do niej zadzwonić?
- Myślisz, że nie próbowałem? Sądziłem, że tylko ode mnie nie odbiera telefonów, ale okazuję się, że ignoruję wszystkich. Dzwonił do mnie Justin i mówił, że nikt nie wie co się z nią dzieje, ani gdzie teraz jest. Jej ojciec podobno odchodzi od zmysłów, a ona napisała mu kilka tygodni temu, jedynie smsa, że wszystko jest ok. - wyjaśniłem.
- Nie ma jej w USA?
- Nie. Justin tam był i sprawdzał. - odparłem. Szatnia powoli wypełniała się zaspanymi zawodnikami. - Zadzwonię jeszcze do Kubiaka, a potem do Justina. - powiedziałem i wyszedłem z szatni na korytarz. Wybrałem numer Miśka, ale tak jak się spodziewałem do niego też się nie odzywała. Justin nie był zaskoczony, że dzwonie bez żadnych nowości. Był własnie na lotnisku i czekał na samolot do Polski. Razem z Igłą postanowiliśmy po piątkowym treningu jechać do Warszawy, żeby być na bieżąco.
Po nieprzespanej nocy i najdłuższym treningu w moim życiu w końcu wyszliśmy z Igłą z Podpromia i wsiedliśmy do mojego samochodu. Drogę pokonaliśmy łamiąc przy tym kilka przepisów i po niecałej godzinie byliśmy już na miejscu. Drzwi otworzyła nam starsza, poważniejsza wersja Julki. Ciemne długie włosy upięte miała w kok, a wielkie brązowe oczy wyglądały jakby domagały się snu. Bez słowa wpuściła nas do środka, jakby nie miała siły się przywitać. Weszliśmy do salonu, gdzie zastaliśmy pana Walkiewicza, Laurę, Justina, Hanie i Sama.
- Cześć. - przywitaliśmy się cicho. - Macie jakieś wieści?
- Nic. Pytaliśmy chyba wszystkich, których zna i nikt nie miał z nią kontaktu. Przecież nie mogła rozpłynąć się w powietrzu. - odpowiedział nam Justin, upijając łyk brązowego trunku.
- Rozmawialiście z jej menadżerką? - spytał Igła.
- Nie pracuje już dla niej. Po tym jak Julka napisała jej smsa, że nie zagra w filmie, zwolniła się.
- Mogliśmy zostać w domu. - mruknęła cicho Laura. - Może gdybyśmy zostali, nie wyjechałaby.
- Ale my nawet nie wiemy, czy ona wyjechała. Może równie dobrze być gdzieś w Polsce. Nie rozumiem tylko dlaczego nie odzywa się do nikogo.
- Może powinniśmy zawiadomić policję? - spytała cicho Hania. A mi przyszło coś do głowy.
- A sprawdzaliście szpitale? Nie chce Was straszyć, ale już raz napadł ją psychopata z nożem. Całe szczęście, że była pod halą z której wychodziłem. - powiedziałem, patrząc jak na twarzach reszty pojawia się przerażenie.
- Zajme się tym. - odparła Hania, wyciągając telefon z kieszeni i otwierając laptopa.
- Może jej doktor będzie coś wiedział? - Laura wyszła na przedpokój z komórką przy uchu. - Nie mógł rozmawiać, ale powiedział, że może tutaj być za pół godziny. Jest gdzieś w pobliżu.
Czekaliśmy w napięciu na wizytę doktora. Nikt nic nie mówił. Cieszyliśmy się jedynie z tego, że Hania nie dostała pozytywnej odpowiedzi z żadnego szpitala. W końcu usłyszeliśmy dzwonek do drzwi. Do pomieszczenia za Laurą wszedł starszy, siwy mężczyzna w okularach na nosie.
- Witam państwa. - skinął głową w naszym kierunku.
- Doktorze dziękujemy, że pan przyszedł. - pan Walkiewicz podszedł do niego i uścisnął jego dłoń. - Chcieliśmy zapytać, czy miał pan ostatnio kontakt z Julką.
- Nie, osobiście z nią nie rozmawiałem, ale jestem w stałym kontakcie z jej lekarzem w Niemczech. - odpowiedział, jak gdyby nigdy nic. - A stało się coś? Jej stan się pogorszył?
- W Niemczech?
- To państwo nic nie wiedzą? - spytał wyraźnie zdumiony. - Radziłem Julce, żeby powiedziała najbliższym o swojej decyzji, ale widocznie mnie nie posłuchała..
- Chwila. Chce pan powiedzieć, że moja córka jest teraz w Niemczech? Co ona tam robi?
- Przykro mi, ale obowiązuje mnie tajemnica lekarska. Nie mogę panu nic więcej powiedzieć.
- Ale ja jestem jej ojcem! - krzyknął, wyraźnie zdenerwowany.
- Rozumiem, ale pana córka jest dorosła. Jeśli nie chciała państwu o tym mówić, to ja tym bardziej nie mogę zrobić tego za nią.
- Niech pan nam chociaż powie jak ona się czuję? Dlaczego sie z nami nie kontaktuje? - spytała cicho jej mama, patrząc na niego błagalnym wzrokiem.
- Z tego co wiem jej stan jest stabilny. Podejrzewam, że nie ma po prostu siły na kontakt z państwem. Dostaje silne leki, które ją osłabiają, ale pomagają. - odparł. - Najlepiej będzie jeśli państwo do niej po prostu polecą. Myślę, że pozwolą się państwu z nią zobaczyć. Chociaż proszę nie robić sobie wielkich nadziei na rozmowę. Podobno odkąd tam jest zapytała jedynie dlaczego tak się czuje. - wyjaśnił. - Mam nadzieję, że choć trochę pomogłem. Teraz muszę już iść bo pacjent na mnie czeka. Do widzenia. - skinął znowu głową i wyszedł razem z Laurą, która odprowadziła go do drzwi.
- Lecę do Niemiec. - powiedział pan Walkiewicz i wybiegł z pokoju. Za nim szybkim krokiem wyszła jego była żona. Stałem jak słup soli, analizując wszystko czego właśnie się dowiedziałem.
***
Leżę na łóżku, podpięta do płynnego leku. Patrzę w okno, za którym prószy pierwszy śnieg. Wspominam szczęśliwe dzieciństwo, gdy na ten sam widok skakałam z radości ciągnąc starszą, pulchną kobietę za rękę i domagając się wyjścia na sanki. Wspominam jej radosny uśmiech i słowa przestrogi, gdy zjeżdżałam z najwyższej górki. Kobieta była dla mnie babcią, matką i przyjaciółką. Patrzyła na moje upadki, pomagając się podnieść. Nie pozwoliła zrobić krzywdy swojej jedynej, kochanej wnuczce. Do czasu. Do czasu, gdy pewnego jesiennego poranka już się nie obudziła.
Leżę na łóżku, podpięta do płynnego leku. Zastanawiam się dlaczego ludzie umierają. Czy Bóg nie mógł sprawić, że wszyscy żyliby wieczne? Nie byłoby chorób, cierpienia i opłakiwania najbliższych osób. Nie byłoby szpitali, cmentarzy i pogrzebów. Przysięga kościelna nie miała by formuły "aż do śmierci", a kochankowie ślubowali by sobie miłość, wierność i uczciwość małżeńską na wieczność. Nie byłoby smutku, bólu i tęsknoty. Matki nie traciłyby dzieci, a dzieci nie traciłyby matek.
Leżę na łóżku, podpięta do płynnego leku. Zastanawiam się dlaczego na świecie jest tak wiele zła. Dlaczego ludzie niekiedy zachowują się jak zwierzęta. Czym kierują się seryjni mordercy, pedofile lub gwałciciele. Dlaczego nie dociera do nich, że krzywdzą innych i niszczą innym życie? Dlaczego alkoholicy, czy narkomani nie widzą swojego uzależnienia? Dlaczego kobiety się nie szanują? Pozwalają się wykorzystywać tylko po to, żeby trochę zarobić. Dlaczego ludzie głodują, żyją w nędzy i ubóstwie? Dlaczego jedni żyją ponad stan, a drudzy nie mają złamanego grosza?
Leżę na łóżku, podpięta do płynnego leku. Zastanawiam się co stało się z tamtą dziewczyną, którą byłam jeszcze miesiąc temu. Sławna, bogata otoczona gronem przyjaciół.
Dlaczego teraz jestem niemal przykuta do metalowego łóżka w samym sercu Niemiec?
Dlaczego otaczają mnie nieznajomi niemieccy lekarze i pielęgniarki, a nie to grono przyjaciół?
Dlaczego temperamentna dziewczyna nie ma siły rozmawiać z najbliższymi?
Dlaczego pełna życia i optymizmu dziewczyna spędza dni patrząc w okno na zimowy krajobraz Berlina?
Dlaczego zwariowana dziewczyna, która kiedyś nie mogła usiedzieć na miejscu rozważa tematy dotyczące cierpienia, bólu i śmierci?
Mówią, że przez leki.
___________________
Rozdział już jest :) Następny w niedziele :) Jak zwykle proszę o komentarze i życzę miłego pierwszego weekendu w roku szkolnym :)
poniedziałek, 2 września 2013
Rozdział XXVIII - "Człowiek jest odpowiedzialny nie tylko za uczucia, które ma dla innych, ale i za te, które w innych budzi."
Wróciłam do domu pierwsza. Nie czekając na Zbyszka weszłam do sali, w której odbywało się przyjęcie. Przy stole zostało niewiele osób, a na parkiecie kołysało się zaledwie kilka par. Wzięłam głęboki oddech i ruszyłam w kierunku Justina, który rozmawiał z Igłą.
- Co ci się stało? - spytał Justin, mierząc mnie wzrokiem. - Włosy masz w takim stanie, jakby piorun w nie walnął. - dodał. Przeczesałam je palcami i związałam niedbale.
- Na dworze jest wilgotno. - mruknęłam.
- Gdzie jest Zbyszek?
- Zaraz przyjdzie. - odpowiedziałam. Nie chciałam rozmawiać o nim przy Igle. Nie wiedziałam ile wie, a wplątywanie go w to wszystko nie było dobrym pomysłem. - Przeszkodziłam wam? - spytałam, patrząc na nich.
- Nie, nie.. - zaprzeczył szybko Igła. - Ja i tak idę już spać. Dobranoc. - wstał z uśmiechem i ruszył po schodach do swojego pokoju.
- A więc gdzie jest Zbyszek? - powtórzył pytanie.
- Pokłóciliśmy się i wracał inną taksówką. - odparłam, nalewając sobie soku.
- O co tym razem poszło?
- O to, że oboje jesteśmy egoistami i związaliśmy się z osobami, których nie kochamy.
- Jeżeli oboje to wiecie to dlaczego się pokłóciliście? - spytał, marszcząc brwi. Nie odpowiedziałam tylko wzruszyłam ramionami. Sama tego nie rozumiałam. - Wiesz, może to i lepiej, że nie jesteście razem. Z waszymi charakterami pozabijalibyście się jeszcze przed ślubem. - westchnął. - A co was tak wzięło na rozmowę o tym?
- Przespaliśmy się. - mruknęłam cicho, ale wystarczająco głośno, aby spowodować to, że zakrztusił się sokiem.
- Słucham?
- Przecież słyszałeś.
- Chcesz mi powiedzieć, że zdradziłaś Iana ze Zbyszkiem? - spytał, patrząc na mnie z niedowierzaniem. Skinęłam głową. - Wiedziałem, że tak to się może skończyć, ale myślałem, że nie jesteś tego typu dziewczyną.. - pokręcił głową.
- Tego typu dziewczyną? - powtórzyłam, nie rozumiejąc.
- Julka myślałem, że kto jak kto, ale ty nie posuniesz się do czegoś takiego. Wiesz, że jesteś moją przyjaciółką i wspieram cię zawsze, nie zależnie od tego co zrobisz. Ale jestem też przyjacielem Iana, który nie zasłużył sobie na takie coś. Wiesz co do ciebie czuję. Skoro nie czujesz do niego tego samego to po jaką cholerę robisz mu nadzieję?! - wycedził przez zaciśnięte zęby. Pierwszy raz widziałam go tak zdenerwowanego. - Wyobrażasz sobie jak się poczuję gdy się o tym dowie? Bo mam nadzieję, że stać cię na to, żeby mu o tym powiedzieć.
- Mam taki zamiar. - mruknęłam cicho, bojąc się tego co powie dalej. - Nie rozumiem dlaczego tak się wściekasz. Wiem, że zrobiłam źle i naprawdę mi przykro, ale sam kazałeś mi o niego walczyć.. - dodałam. Mój temperament widocznie nie pozwalał mi pozostawać bierną, gdy ktoś mnie atakował.
- Walczyć, ale po tym jak zerwiesz z Ianem. Czy to nie ty bałaś się, że zranisz Paulę? A teraz co zrobiliście? Skrzywdziłaś ją jeszcze bardziej! Nie wiem, czy naprawdę tak trudno zrozumieć , że inni ludzie też mają uczucia? - spytał, wstając. - Macie racje ze Zbyszkiem jesteście cholernymi egoistami. - dodał i ruszył szybkim krokiem po schodach. Patrzyłam jak odchodzi wryta w krzesełko na którym siedziałam. Ukryłam twarz w dłonie i głośno westchnęłam.
- Kochanie wszystko w porządku? - usłyszałam za sobą głos Laury. Odwróciłam się i zobaczyłam ją, a koło niej rozradowanego tatę.
- Tak, tak. - odpowiedziałam szybko, wstając. Nie mogłam zepsuć im tej nocy moim humorem. - Po prostu jestem zmęczona..
- Chcielibyśmy ci za wszystko podziękować. Za przygotowanie tego wszystkiego, za bycie moją świadkową i za prezent ślubny, którego niestety nie możemy przyjąć..
- A to dlaczego? - spytałam, marszcząc brwi.
- Miesiąc na 3 wyspach świata.. - Laura popatrzyła na mnie unosząc brwi. Dominikana, Szeszele i Malediwy.. Nad czym tutaj się można zastanawiać?
- Nie mogłam się zdecydować, którą wybrać, więc spędzicie trochę czasu na każdej z nich. - wyjaśniłam. - Nie przyjmę biletów z powrotem, więc się zmarnują.. - wzruszyłam ramionami.
- Przecież to musiało kosztować majątek..
- Nie skromnie powiem, że zarabiam baaaardzo dobrze, więc tym nie musicie się przejmować. Jutro się pakujecie i wieczorem wylatujecie razem z Zosią. - powiedziałem tonem, nie znoszącym sprzeciwu.
- Jesteś wspaniała. - westchnęła z wielkim uśmiechem na twarzy. Przynajmniej ona tak uważa.
- Jeszcze raz dziękujemy. - dodał tata, przytulając mnie.
- Nie ma za co. - odparłam. - A teraz mi wybaczcie, ale idę się położyć.
Weszłam do pokoju i zobaczyłam śpiącego Iana. Jeśli po rozmowie ze Zbyszkiem i Justinem było mi przykro, to nie potrafiłam nazwać tego uczucia, które teraz mi towarzyszyło. Mieli rację byłam egoistką, cholerną egoistką, która nie liczyła się z uczuciami innych. Jak on się poczuję, gdy jutro dowie się, że spieprzyłam wszystko? Jak zareaguję, gdy dowie się, że zdradziłam go gdy on sobie smacznie spał w naszym łóżku? Katowałam sie tymi pytaniami, wyobrażając sobie możliwe odpowiedzi. Wiedziałam, że nie mogę położyć się obok niego. Nie po tym wszystkim co się stało w ciągu ostatnich godzin. Wzięłam piżamę i wyszłam, szukając wolnego pokoju. Na przedpokoju zatrzymałam się gwałtownie bo ból w klatce piersiowej mnie sparaliżował. Osunęłam się powoli na ziemie i usiadłam, próbując oddychać głęboko. Po chwili ustał, a ja wstałam i powoli ruszyłam dalej.
Obudziły mnie promienie porannego słońca. Spojrzałam na zegarek i podniosłam się gwałtownie, widząc, że wskazówki zegarka pokazują 13. Co prawda poszłam spać o 4 nad ranem, ale to nie powód, żeby przespać połowę następnego dnia. Ubrałam się i zeszłam na dół. W kuchni i salonie panowało zamieszanie. Panował straszny gwar, bo wszyscy zawzięcie wspominali wczorajsze wesele. Podeszłam do lodówki, obok której stał Justin, ale gdy mnie zobaczył odwrócił się na pięcie i po prostu wyszedł z pomieszczenia. Powoli dom pustoszał, a ja odprowadzałam gości do wyjścia. W końcu wstał Ian. Wszedł do kuchni i podszedł do mnie, chcąc się przytulić. Odsunęłam go nieśmiało.
- Musimy porozmawiać.. - wyrzuciłam z siebie i ruszyłam w stronę wyjścia. Usiadłam na tarasie, na którym o dziwo nie było nikogo.
- Julie jeśli chodzi o to, że wczoraj tak się upiłem to przepraszam. Naprawdę cię przepraszam. Wiem, że nie powinienem i jeśli chcesz to mogę ci przysiąc, że więcej nie wezmę alkoholu do ust. - zaczął się usprawiedliwiać, a ja patrzyłam na niego zdezorientowana.
- Co? - spytałam, zbita z tropu. - Nie o tym chciałam rozmawiać. - dodałam. Po jego przeprosinach z tak błahego powodu czułam się jeszcze gorzej.
- No to o czym? - teraz to on wydawał się być zaskoczonym.
- Musimy się rozstać. - wypaliłam bezpośrednio. - I to nie twoja wina. Nie zrobiłeś nic złego. Po prostu.. - urwałam na chwilę. - Ja cię nie kocham. Przepraszam, że zrobiłam ci nadzieję. Przepraszam, że nie powiedziałam ci wcześniej, że nie czuję do ciebie tego samego.
- Julie przecież ja cię do niczego nie zmuszam. Rozumiem. - odparł smutno. - Przykro mi bo naprawdę cię kocham, ale nie chcę żebyś robiła coś wbrew sobie.
- To nie wszystko.. - spuściłam wzrok. Nie byłam w stanie patrzeć mu w oczy. - Zdradziłam cię wczoraj..
- Co?
- Poszłam się przejść ze Zbyszkiem i.. i to się jakoś stało.. - powiedziałam cicho.
- Zdradziłaś mnie ze Zbyszkiem, gdy spałem? - spytał, chcąc się upewnić. Skinęłam lekko głową.
- Ian przepraszam.. - popatrzyłam na niego błagalnie. Chciałam dostrzec w jego oczach choć iskierkę przebaczenia, ale widziałam jedynie oczy pełne bólu.
- Sądzę, że powinienem już iść. - odparł, wstając. Bez słowa patrzyłam jak odchodzi i znika za drzwiami domu. Wolałabym, żeby na mnie na krzyczał. Jego spokojne cierpienie było w tym wszystkim najgorsze. Po chwili weszłam do domu, ale Ian razem z Justinem zdążyli się już pożegnać ze wszystkimi i wyszli głównymi drzwiami. Ruszyłam za nimi, sama tak naprawdę nie wiedziałam po co. Na parkingu siedziała Zosia, a obok niej Zbyszek i o czymś rozmawiali, bawiąc się przy tym z małymi yorkami. Gdy zobaczył chłopaków, wstał chcą się z nimi pożegnać, ale tak jak ja, nie spodziewał się tego co stanie się za chwilę. Ian, chyba nie mógł dalej być równie spokojny jak dotąd i walnął Zbyszka z całej siły. Zosia pisnęła, ja stałam jak wryta w ziemie, a Ian i Justin bez słowa wsiedli do auta i odjechali. Podbiegłam do Zbyszka, który stał trzymając się za nos.
- Wszystko ok? - spytałam przerażona. On jedyne skinął głową. - Chodź do domu. Dam ci lód.
- Julka czemu Ian uderzył Zbyszka? - usłyszałam ciche pytanie Zosi. Kucnęłam na przeciwko niej i złapałam ją za ręce.
- Nic się nie stało skarbie. To są sprawy dorosłych. Idź daj im wody, bo chyba chce im się pić, ok? - uśmiechnęłam się do niej, a ona pobiegła do domu. W milczeniu szłam z Barmanem do kuchni. Wyciągnęłam z zamrażarki torebkę z lodem i podałam mu ją. W tym samym momencie do kuchni weszła gromada siatkarzy z partnerkami i Paulą. Wszyscy mieli ze sobą już spakowane torby.
- Co ci się stało? - spytał Igła, patrząc na Zibiego.
- Nie zauważył szafki.. - odpowiedziałam za niego, na co oni wybuchnęli śmiechem.
Oczami Zbyszka...
Wszedłem razem z Paulą do jej mieszkania w Warszawie, gdzie miałem dzisiaj nocować. Jednak uprzedziłem rodziców, że zatrzymam się u nich. Całą noc zastanawiałem się jak mam jej to powiedzieć, ale doszedłem do wniosku, że najlepszy będzie po prostu spontan.
- Jesteś głodny? - usłyszałem jej głos dobiegający z kuchni.
- Nie. - krzyknąłem, siadając na kanapie. Wróciła z dwoma kubkami herbaty i usiadła obok mnie.
- To co robimy? - spytała, patrząc na mnie podekscytowania. - Film? Kino? Spacer?
- Musimy porozmawiać. - odparłem i usiadłem wygodniej.
- O czym?
- Musimy się rozstać. - wypaliłem prosto z mostu. Nigdy nie byłem mistrzem dyplomacji. - Chodzi o to, że.. Nie kocham cię. Przepraszam, że mówię ci to dopiero teraz, ale nie chce robić ci niepotrzebnej nadziei, a potem cię zranić..
- Myślisz, że teraz mnie nie ranisz?
- Jest coś jeszcze.. - mruknąłem, nie patrząc jej w oczy. - Zdradziłem cię..
- Słucham? - spytała, wstając. - Z kim?
- Z Julką.. Wczoraj wieczorem poszliśmy się przejść i to się jakoś stało.. - zacząłem, patrząc na nią przepraszającym wzrokiem. Stało się to czego najbardziej się bałem. Oczy jej się zaszkliły, a po chwili po policzku spłynęła pierwsza łza.
- Sądzę, że powinieneś już iść. - szepnęła, odwracając się do mnie tyłem.
- Paula ja.. - zacząłem, ale przerwałem gdy na mnie popatrzyła. Jej oczy były pełne bólu.
- Wyjdź. - wycedziła przez zaciśnięte zęby i wyszła do łazienki. Wziąłem swoje rzeczy i wyszedłem z mieszkania, czując się jak największa świnia na świecie.
Oczami Julki...
W poniedziałek obudziłam się w pustym domu. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę z tego, że obudził mnie dzwonek telefonu, a nie budzik.
- Słucham. - powiedziałam zaspanym głosem, przykładając telefon do ucha.
- Dzień dobry. - usłyszałam głos mojego lekarza. - Z tej strony doktor Janicki. Otrzymaliśmy właśnie pani wyniki badań. Byłbym wdzięczny, gdyby jak najszybciej pani przyjechała do mojego gabinetu.
- Nie ma sprawy.. - mruknęłam w poduszkę. - Będę za godzinę.
- Czekam. - odparł, po czym się rozłączył. Wstałam niezgrabie z łóżka i weszłam pod prysznic. Ubrałam się i zjadłam w biegu śniadanie.
Oczywiście się spóźniłam i zdyszana wbiegłam do gabinetu.
- Jestem. - opadłam na krzesełko na przeciwko doktora.
- Cieszę się, że panią widzę. Jak już wspomniałem dostałem pani wyniki badań i dlatego chciałem się z panią jak najszybciej zobaczyć.
- Rozumiem, że wie pan już na pewno, że te zawroty głowy spowodowane są osłabieniem organizmu?
- Powód tych zawrotów jest inny. Muszę zadać pani kilka pytań. Skarży się pani może na ból w klatce piersiowej?
- Kilka razy taki odczułam.
- A omdlenia?
- Raz mi się zdarzyło, ale lekarz powiedział, że spowodowane jest to osłabieniem organizmu.
- Nadmierna potliwość?
- To znaczy.. - zawahałam się, lekko uśmiechając - Pocę się jak każdy inny człowiek. Nie sądzę, żeby ilość mojego potu można było nazwać nadmierną.
- Moje podejrzenia są niestety prawdziwe. Zawroty głowy są spowodowane chorobą, a nie osłabieniem organizmu.
- Chorobą? - powtórzyłam zdziwiona. - Ale jaką?
- Jest to jedna z odmian wad serca - odpowiedział, poważnie. Zmarszczyłam brwi, nie rozumiejąc nic. Pierwszy raz słyszałam o czymś takim. Chyba to zauważył bo kontynuował dalej.- Polega na występowaniu samoistnego, zwykle asymetrycznego przerostu lewej komory serca. - zaczął tłumaczyć mi co jest nie tak, czym to jest spowodowane. Próbowałam wyłapać najważniejsze stwierdzenia z tej całej medycznej paplaniny. - Objawy mogą się ujawnić klinicznie w różnym wieku, zarówno we wczesnym dzieciństwie w wieku dojrzałym i podeszłym. Część chorych jest zagrożonych wystąpieniem powikłań takich jak: nagły zgon sercowy, udar mózgu i niewydolność serca..
- Chce pan powiedzieć, że mogę w każdej chwili kopnąć w kalendarz, tak? - przerwałam mu.
- Średnia roczna umieralność wynosi..
- Nie obchodzi mnie średnia roczna umieralność. - znów weszłam mu słowo. - Chcę wiedzieć, czy jest szansa, że jutro sie już nie obudzę?
- Proszę nie dramatyzować. Zgon sercowy możemy wykluczyć bo następuję w ciągu godziny od pierwszych objawów choroby serca. W pani przypadku najbardziej realnym zagrożeniem może być niewydolność serca.
- Mogę to leczyć? Czy mam żyć w ciągłym strachu?
- Oczywiście, że jest możliwość leczenia. Wiem, że ma pani możliwość, więc proponował bym leczenie w Niemczech, mają tam jedną z najlepszych klinik kardiologicznych na świecie.
- No cóż.. Przemyślę to wszystko. Dziękuję. - wstałam i wyciągnęłam do niego rękę.
- Proszę myśleć pozytywnie. To nie jest nowotwór. - powiedział, kojącym głosem. Uśmiechnęłam się sztucznie i wyszłam z gabinetu.
Wzięłam głęboki oddech i wsiadłam do samochodu. Wyjęłam telefon, ale dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę nie mam do kogo zadzwonić. Justin i Ian byli na mnie wściekli. Laura i tata byli w podróży poślubnej, której za nic w świecie nie chciałam im zepsuć. Zbyszek i reszta chłopaków miała na głowie Mistrzostwa Europy, nie mogłam ich rozpraszać. Hania poleciała do Stanów razem z Samem, a na żalenie się przez telefon nie miałam ochoty. Majka.. Nie rozmawiałam z nią od bankietu. Ostatnią osobą z którą mogłam porozmawiać była mama. Wyobraziłam sobie naszą rozmowę, jeśli w ogóle znalazłaby dla mnie czas. Nie wiele myśląc odpaliłam samochód i ruszyłam w stronę domu.
__________________________
Jak pierwszy dzień w szkole? Zadowolone z planów lekcji? :) Ja nie bardzo, ale ostatni rok, więc dam radę :) Następny w piątek :) Bardzo, bardzo proszę o komentarze :)
- Co ci się stało? - spytał Justin, mierząc mnie wzrokiem. - Włosy masz w takim stanie, jakby piorun w nie walnął. - dodał. Przeczesałam je palcami i związałam niedbale.
- Na dworze jest wilgotno. - mruknęłam.
- Gdzie jest Zbyszek?
- Zaraz przyjdzie. - odpowiedziałam. Nie chciałam rozmawiać o nim przy Igle. Nie wiedziałam ile wie, a wplątywanie go w to wszystko nie było dobrym pomysłem. - Przeszkodziłam wam? - spytałam, patrząc na nich.
- Nie, nie.. - zaprzeczył szybko Igła. - Ja i tak idę już spać. Dobranoc. - wstał z uśmiechem i ruszył po schodach do swojego pokoju.
- A więc gdzie jest Zbyszek? - powtórzył pytanie.
- Pokłóciliśmy się i wracał inną taksówką. - odparłam, nalewając sobie soku.
- O co tym razem poszło?
- O to, że oboje jesteśmy egoistami i związaliśmy się z osobami, których nie kochamy.
- Jeżeli oboje to wiecie to dlaczego się pokłóciliście? - spytał, marszcząc brwi. Nie odpowiedziałam tylko wzruszyłam ramionami. Sama tego nie rozumiałam. - Wiesz, może to i lepiej, że nie jesteście razem. Z waszymi charakterami pozabijalibyście się jeszcze przed ślubem. - westchnął. - A co was tak wzięło na rozmowę o tym?
- Przespaliśmy się. - mruknęłam cicho, ale wystarczająco głośno, aby spowodować to, że zakrztusił się sokiem.
- Słucham?
- Przecież słyszałeś.
- Chcesz mi powiedzieć, że zdradziłaś Iana ze Zbyszkiem? - spytał, patrząc na mnie z niedowierzaniem. Skinęłam głową. - Wiedziałem, że tak to się może skończyć, ale myślałem, że nie jesteś tego typu dziewczyną.. - pokręcił głową.
- Tego typu dziewczyną? - powtórzyłam, nie rozumiejąc.
- Julka myślałem, że kto jak kto, ale ty nie posuniesz się do czegoś takiego. Wiesz, że jesteś moją przyjaciółką i wspieram cię zawsze, nie zależnie od tego co zrobisz. Ale jestem też przyjacielem Iana, który nie zasłużył sobie na takie coś. Wiesz co do ciebie czuję. Skoro nie czujesz do niego tego samego to po jaką cholerę robisz mu nadzieję?! - wycedził przez zaciśnięte zęby. Pierwszy raz widziałam go tak zdenerwowanego. - Wyobrażasz sobie jak się poczuję gdy się o tym dowie? Bo mam nadzieję, że stać cię na to, żeby mu o tym powiedzieć.
- Mam taki zamiar. - mruknęłam cicho, bojąc się tego co powie dalej. - Nie rozumiem dlaczego tak się wściekasz. Wiem, że zrobiłam źle i naprawdę mi przykro, ale sam kazałeś mi o niego walczyć.. - dodałam. Mój temperament widocznie nie pozwalał mi pozostawać bierną, gdy ktoś mnie atakował.
- Walczyć, ale po tym jak zerwiesz z Ianem. Czy to nie ty bałaś się, że zranisz Paulę? A teraz co zrobiliście? Skrzywdziłaś ją jeszcze bardziej! Nie wiem, czy naprawdę tak trudno zrozumieć , że inni ludzie też mają uczucia? - spytał, wstając. - Macie racje ze Zbyszkiem jesteście cholernymi egoistami. - dodał i ruszył szybkim krokiem po schodach. Patrzyłam jak odchodzi wryta w krzesełko na którym siedziałam. Ukryłam twarz w dłonie i głośno westchnęłam.
- Kochanie wszystko w porządku? - usłyszałam za sobą głos Laury. Odwróciłam się i zobaczyłam ją, a koło niej rozradowanego tatę.
- Tak, tak. - odpowiedziałam szybko, wstając. Nie mogłam zepsuć im tej nocy moim humorem. - Po prostu jestem zmęczona..
- Chcielibyśmy ci za wszystko podziękować. Za przygotowanie tego wszystkiego, za bycie moją świadkową i za prezent ślubny, którego niestety nie możemy przyjąć..
- A to dlaczego? - spytałam, marszcząc brwi.
- Miesiąc na 3 wyspach świata.. - Laura popatrzyła na mnie unosząc brwi. Dominikana, Szeszele i Malediwy.. Nad czym tutaj się można zastanawiać?
- Nie mogłam się zdecydować, którą wybrać, więc spędzicie trochę czasu na każdej z nich. - wyjaśniłam. - Nie przyjmę biletów z powrotem, więc się zmarnują.. - wzruszyłam ramionami.
- Przecież to musiało kosztować majątek..
- Nie skromnie powiem, że zarabiam baaaardzo dobrze, więc tym nie musicie się przejmować. Jutro się pakujecie i wieczorem wylatujecie razem z Zosią. - powiedziałem tonem, nie znoszącym sprzeciwu.
- Jesteś wspaniała. - westchnęła z wielkim uśmiechem na twarzy. Przynajmniej ona tak uważa.
- Jeszcze raz dziękujemy. - dodał tata, przytulając mnie.
- Nie ma za co. - odparłam. - A teraz mi wybaczcie, ale idę się położyć.
Weszłam do pokoju i zobaczyłam śpiącego Iana. Jeśli po rozmowie ze Zbyszkiem i Justinem było mi przykro, to nie potrafiłam nazwać tego uczucia, które teraz mi towarzyszyło. Mieli rację byłam egoistką, cholerną egoistką, która nie liczyła się z uczuciami innych. Jak on się poczuję, gdy jutro dowie się, że spieprzyłam wszystko? Jak zareaguję, gdy dowie się, że zdradziłam go gdy on sobie smacznie spał w naszym łóżku? Katowałam sie tymi pytaniami, wyobrażając sobie możliwe odpowiedzi. Wiedziałam, że nie mogę położyć się obok niego. Nie po tym wszystkim co się stało w ciągu ostatnich godzin. Wzięłam piżamę i wyszłam, szukając wolnego pokoju. Na przedpokoju zatrzymałam się gwałtownie bo ból w klatce piersiowej mnie sparaliżował. Osunęłam się powoli na ziemie i usiadłam, próbując oddychać głęboko. Po chwili ustał, a ja wstałam i powoli ruszyłam dalej.
Obudziły mnie promienie porannego słońca. Spojrzałam na zegarek i podniosłam się gwałtownie, widząc, że wskazówki zegarka pokazują 13. Co prawda poszłam spać o 4 nad ranem, ale to nie powód, żeby przespać połowę następnego dnia. Ubrałam się i zeszłam na dół. W kuchni i salonie panowało zamieszanie. Panował straszny gwar, bo wszyscy zawzięcie wspominali wczorajsze wesele. Podeszłam do lodówki, obok której stał Justin, ale gdy mnie zobaczył odwrócił się na pięcie i po prostu wyszedł z pomieszczenia. Powoli dom pustoszał, a ja odprowadzałam gości do wyjścia. W końcu wstał Ian. Wszedł do kuchni i podszedł do mnie, chcąc się przytulić. Odsunęłam go nieśmiało.
- Musimy porozmawiać.. - wyrzuciłam z siebie i ruszyłam w stronę wyjścia. Usiadłam na tarasie, na którym o dziwo nie było nikogo.
- Julie jeśli chodzi o to, że wczoraj tak się upiłem to przepraszam. Naprawdę cię przepraszam. Wiem, że nie powinienem i jeśli chcesz to mogę ci przysiąc, że więcej nie wezmę alkoholu do ust. - zaczął się usprawiedliwiać, a ja patrzyłam na niego zdezorientowana.
- Co? - spytałam, zbita z tropu. - Nie o tym chciałam rozmawiać. - dodałam. Po jego przeprosinach z tak błahego powodu czułam się jeszcze gorzej.
- No to o czym? - teraz to on wydawał się być zaskoczonym.
- Musimy się rozstać. - wypaliłam bezpośrednio. - I to nie twoja wina. Nie zrobiłeś nic złego. Po prostu.. - urwałam na chwilę. - Ja cię nie kocham. Przepraszam, że zrobiłam ci nadzieję. Przepraszam, że nie powiedziałam ci wcześniej, że nie czuję do ciebie tego samego.
- Julie przecież ja cię do niczego nie zmuszam. Rozumiem. - odparł smutno. - Przykro mi bo naprawdę cię kocham, ale nie chcę żebyś robiła coś wbrew sobie.
- To nie wszystko.. - spuściłam wzrok. Nie byłam w stanie patrzeć mu w oczy. - Zdradziłam cię wczoraj..
- Co?
- Poszłam się przejść ze Zbyszkiem i.. i to się jakoś stało.. - powiedziałam cicho.
- Zdradziłaś mnie ze Zbyszkiem, gdy spałem? - spytał, chcąc się upewnić. Skinęłam lekko głową.
- Ian przepraszam.. - popatrzyłam na niego błagalnie. Chciałam dostrzec w jego oczach choć iskierkę przebaczenia, ale widziałam jedynie oczy pełne bólu.
- Sądzę, że powinienem już iść. - odparł, wstając. Bez słowa patrzyłam jak odchodzi i znika za drzwiami domu. Wolałabym, żeby na mnie na krzyczał. Jego spokojne cierpienie było w tym wszystkim najgorsze. Po chwili weszłam do domu, ale Ian razem z Justinem zdążyli się już pożegnać ze wszystkimi i wyszli głównymi drzwiami. Ruszyłam za nimi, sama tak naprawdę nie wiedziałam po co. Na parkingu siedziała Zosia, a obok niej Zbyszek i o czymś rozmawiali, bawiąc się przy tym z małymi yorkami. Gdy zobaczył chłopaków, wstał chcą się z nimi pożegnać, ale tak jak ja, nie spodziewał się tego co stanie się za chwilę. Ian, chyba nie mógł dalej być równie spokojny jak dotąd i walnął Zbyszka z całej siły. Zosia pisnęła, ja stałam jak wryta w ziemie, a Ian i Justin bez słowa wsiedli do auta i odjechali. Podbiegłam do Zbyszka, który stał trzymając się za nos.
- Wszystko ok? - spytałam przerażona. On jedyne skinął głową. - Chodź do domu. Dam ci lód.
- Julka czemu Ian uderzył Zbyszka? - usłyszałam ciche pytanie Zosi. Kucnęłam na przeciwko niej i złapałam ją za ręce.
- Nic się nie stało skarbie. To są sprawy dorosłych. Idź daj im wody, bo chyba chce im się pić, ok? - uśmiechnęłam się do niej, a ona pobiegła do domu. W milczeniu szłam z Barmanem do kuchni. Wyciągnęłam z zamrażarki torebkę z lodem i podałam mu ją. W tym samym momencie do kuchni weszła gromada siatkarzy z partnerkami i Paulą. Wszyscy mieli ze sobą już spakowane torby.
- Co ci się stało? - spytał Igła, patrząc na Zibiego.
- Nie zauważył szafki.. - odpowiedziałam za niego, na co oni wybuchnęli śmiechem.
Oczami Zbyszka...
Wszedłem razem z Paulą do jej mieszkania w Warszawie, gdzie miałem dzisiaj nocować. Jednak uprzedziłem rodziców, że zatrzymam się u nich. Całą noc zastanawiałem się jak mam jej to powiedzieć, ale doszedłem do wniosku, że najlepszy będzie po prostu spontan.
- Jesteś głodny? - usłyszałem jej głos dobiegający z kuchni.
- Nie. - krzyknąłem, siadając na kanapie. Wróciła z dwoma kubkami herbaty i usiadła obok mnie.
- To co robimy? - spytała, patrząc na mnie podekscytowania. - Film? Kino? Spacer?
- Musimy porozmawiać. - odparłem i usiadłem wygodniej.
- O czym?
- Musimy się rozstać. - wypaliłem prosto z mostu. Nigdy nie byłem mistrzem dyplomacji. - Chodzi o to, że.. Nie kocham cię. Przepraszam, że mówię ci to dopiero teraz, ale nie chce robić ci niepotrzebnej nadziei, a potem cię zranić..
- Myślisz, że teraz mnie nie ranisz?
- Jest coś jeszcze.. - mruknąłem, nie patrząc jej w oczy. - Zdradziłem cię..
- Słucham? - spytała, wstając. - Z kim?
- Z Julką.. Wczoraj wieczorem poszliśmy się przejść i to się jakoś stało.. - zacząłem, patrząc na nią przepraszającym wzrokiem. Stało się to czego najbardziej się bałem. Oczy jej się zaszkliły, a po chwili po policzku spłynęła pierwsza łza.
- Sądzę, że powinieneś już iść. - szepnęła, odwracając się do mnie tyłem.
- Paula ja.. - zacząłem, ale przerwałem gdy na mnie popatrzyła. Jej oczy były pełne bólu.
- Wyjdź. - wycedziła przez zaciśnięte zęby i wyszła do łazienki. Wziąłem swoje rzeczy i wyszedłem z mieszkania, czując się jak największa świnia na świecie.
Oczami Julki...
W poniedziałek obudziłam się w pustym domu. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę z tego, że obudził mnie dzwonek telefonu, a nie budzik.
- Słucham. - powiedziałam zaspanym głosem, przykładając telefon do ucha.
- Dzień dobry. - usłyszałam głos mojego lekarza. - Z tej strony doktor Janicki. Otrzymaliśmy właśnie pani wyniki badań. Byłbym wdzięczny, gdyby jak najszybciej pani przyjechała do mojego gabinetu.
- Nie ma sprawy.. - mruknęłam w poduszkę. - Będę za godzinę.
- Czekam. - odparł, po czym się rozłączył. Wstałam niezgrabie z łóżka i weszłam pod prysznic. Ubrałam się i zjadłam w biegu śniadanie.
Oczywiście się spóźniłam i zdyszana wbiegłam do gabinetu.
- Jestem. - opadłam na krzesełko na przeciwko doktora.
- Cieszę się, że panią widzę. Jak już wspomniałem dostałem pani wyniki badań i dlatego chciałem się z panią jak najszybciej zobaczyć.
- Rozumiem, że wie pan już na pewno, że te zawroty głowy spowodowane są osłabieniem organizmu?
- Powód tych zawrotów jest inny. Muszę zadać pani kilka pytań. Skarży się pani może na ból w klatce piersiowej?
- Kilka razy taki odczułam.
- A omdlenia?
- Raz mi się zdarzyło, ale lekarz powiedział, że spowodowane jest to osłabieniem organizmu.
- Nadmierna potliwość?
- To znaczy.. - zawahałam się, lekko uśmiechając - Pocę się jak każdy inny człowiek. Nie sądzę, żeby ilość mojego potu można było nazwać nadmierną.
- Moje podejrzenia są niestety prawdziwe. Zawroty głowy są spowodowane chorobą, a nie osłabieniem organizmu.
- Chorobą? - powtórzyłam zdziwiona. - Ale jaką?
- Jest to jedna z odmian wad serca - odpowiedział, poważnie. Zmarszczyłam brwi, nie rozumiejąc nic. Pierwszy raz słyszałam o czymś takim. Chyba to zauważył bo kontynuował dalej.- Polega na występowaniu samoistnego, zwykle asymetrycznego przerostu lewej komory serca. - zaczął tłumaczyć mi co jest nie tak, czym to jest spowodowane. Próbowałam wyłapać najważniejsze stwierdzenia z tej całej medycznej paplaniny. - Objawy mogą się ujawnić klinicznie w różnym wieku, zarówno we wczesnym dzieciństwie w wieku dojrzałym i podeszłym. Część chorych jest zagrożonych wystąpieniem powikłań takich jak: nagły zgon sercowy, udar mózgu i niewydolność serca..
- Chce pan powiedzieć, że mogę w każdej chwili kopnąć w kalendarz, tak? - przerwałam mu.
- Średnia roczna umieralność wynosi..
- Nie obchodzi mnie średnia roczna umieralność. - znów weszłam mu słowo. - Chcę wiedzieć, czy jest szansa, że jutro sie już nie obudzę?
- Proszę nie dramatyzować. Zgon sercowy możemy wykluczyć bo następuję w ciągu godziny od pierwszych objawów choroby serca. W pani przypadku najbardziej realnym zagrożeniem może być niewydolność serca.
- Mogę to leczyć? Czy mam żyć w ciągłym strachu?
- Oczywiście, że jest możliwość leczenia. Wiem, że ma pani możliwość, więc proponował bym leczenie w Niemczech, mają tam jedną z najlepszych klinik kardiologicznych na świecie.
- No cóż.. Przemyślę to wszystko. Dziękuję. - wstałam i wyciągnęłam do niego rękę.
- Proszę myśleć pozytywnie. To nie jest nowotwór. - powiedział, kojącym głosem. Uśmiechnęłam się sztucznie i wyszłam z gabinetu.
Wzięłam głęboki oddech i wsiadłam do samochodu. Wyjęłam telefon, ale dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę nie mam do kogo zadzwonić. Justin i Ian byli na mnie wściekli. Laura i tata byli w podróży poślubnej, której za nic w świecie nie chciałam im zepsuć. Zbyszek i reszta chłopaków miała na głowie Mistrzostwa Europy, nie mogłam ich rozpraszać. Hania poleciała do Stanów razem z Samem, a na żalenie się przez telefon nie miałam ochoty. Majka.. Nie rozmawiałam z nią od bankietu. Ostatnią osobą z którą mogłam porozmawiać była mama. Wyobraziłam sobie naszą rozmowę, jeśli w ogóle znalazłaby dla mnie czas. Nie wiele myśląc odpaliłam samochód i ruszyłam w stronę domu.
__________________________
Jak pierwszy dzień w szkole? Zadowolone z planów lekcji? :) Ja nie bardzo, ale ostatni rok, więc dam radę :) Następny w piątek :) Bardzo, bardzo proszę o komentarze :)
niedziela, 1 września 2013
Rozdział XXVII - "Przybij piątkę swoim kłamstwom, pocałuj zdradę a potem... Potem ożeń się z hipokryzją."
Do Zakopanego dotarliśmy koło 18 i po zakwaterowaniu się w jednym z domków, wybraliśmy się na Krupówki. Noce robiły się coraz chłodniejsze, dlatego szłam opatulona w szalik i w ciepłym bezrękawniku.
Na ulicach wzbudzaliśmy nie małą sensację i do karczmy dotarliśmy dopiero przed 21. Zajęliśmy miejsca w kącie, ale tutejsi górale, chyba nas nie rozpoznawali.
- Lubię to miejsce. - powiedział Igła, który nas tutaj przyprowadził.
- Pierwszy raz tutaj jestem, a w Zakopanem byłam milion razy. - zauważyłam, rozglądając się po wnętrzu.
- Może coś zamówimy? Umieram z głodu.. - westchnął Pit, otwierając kartę dań.
- Myślicie, że "Pierś z kaczki z żurawiną leśną na cyrwonym winie" będzie dobra? - spytałam, czytając po kolei menu.
- Jadłam i naprawdę polecam. - odpowiedziała Iwona. Złożyliśmy zamówienia i zaczęliśmy rozmawiać o nadchodzących Mistrzostwach Europy. Gdy kończyliśmy jedzenie zespół znajdujący się na scenie zaczął grać. Po chwili do naszego stolika podeszło dwóch górali. Jeden z nich wyciągnął do mnie rękę, czekając na moją zgodę. Rozejrzałam się i zobaczyłam, że drugi robi ten sam gest w kierunku Pauli. Podałam mu dłoń i razem wyszliśmy na środek karczmy. Popatrzyłam na innych i złapałam się pod boki. Paula zerknęła na mnie zdezorientowana i zrobiła to samo. Nasz cały stolik wstał i zaczął klaskać, a my po krótkiej chwili tańczyłyśmy jak urodzone góralki. Przy następnej piosence dołączyła do nas reszta i przez następne dwie godziny bawiliśmy się przy góralskiej muzyce. Do naszego domku wróciliśmy po północy. Wszyscy byliśmy zmęczeni i jedyne o czym myśleliśmy to łóżko. Wzięłam gorącą kąpiel i wskoczyłam na wielki materac, na którym leżał już Ian.
- Czemu masz taką minę? - spytałam, marszcząc brwi.
- Jestem szczęśliwy i jednocześnie zaskoczony bo nie wiedziałem, że umiesz tak tańczyć. - zaśmiał się lekko, po czym cmoknął mnie w nos.
- Nie śmiej się ze mnie bo tobie też nieźle szło. - pokazałam mu język.
- Jesteś cudowna. - mruknął.
- Wiem. - westchnęłam, a on się zaśmiał. Wtuliłam się w jego ramiona i nawet nie wiem kiedy odpłynęłam.
Następnego dnia obudził nas Igła, który zarządził pobudkę o 8. Ubrałam się i zeszłam na śniadanie, które czekało już na nas na stole.
- To co dzisiaj robimy? - spytał Winiar, zaspanym głosem.
- Na początek idziemy na Morskie Oko, potem wjedziemy na Kasprowy Wierch, a na końcu pójdziemy zobaczyć Siklawę. - wyrecytował Igła. Wiedzieliśmy, że wszystko zaplanował co do godziny, więc nikt nie odważył się zaproponować czegoś innego.
Zwiedzanie skończyliśmy o 18 i postanowiliśmy wybrać się na koncert zespołu "Raggafaya". Razem z Paulą i Olą dopchałyśmy się pod samą scenę i przez ponad godzinę śpiewałyśmy razem z nimi. W dobrych nastrojach wróciliśmy do domku i wszyscy zalegliśmy przed kominkiem. Justin przyniósł gitarę i na zmianę graliśmy na niej, a reszta pomagała nam śpiewać. Czułam się jakbym była na obozie. Nie chciałam, żeby ta chwila się kończyła. Nie przeszkadzał mi nawet widok Pauli i Zbyszka, którzy teraz siedzieli na dywanie oparci o kanapę. Czułam się członkiem jednej, wielkiej siatkarskiej rodziny.
Rozeszliśmy się do swoich pokoi o 1 w nocy. Leżałam próbując zasnąć, ale nie mogłam. W końcu postanowiłam zaczerpnąć trochę świeżego powietrza i wyszłam na balkon. Oparłam się o barierkę i popatrzyłam na Giewont, który rozpościerał się przede mną. W ustach wciąż miałam posmak miętowej pasty do zębów. Chciałam się go pozbyć i splunęłam w dół.
- Co jest? - usłyszałam cichy pomruk i w ciemnościach dostrzegłam Bartmana.
- Zbyszek? - szepnęłam cicho.
- To ty mnie oplułaś? - spytał zdezorientowany.
- Przepraszam.. Nie wiedziałam, że tam stoisz. - powiedziałam szybko i mimowolnie się zaśmiałam. Zrobił parę kroków do przodu i w końcu go zobaczyłam. Ubrany był w spodnie od piżamy i szarą bluzę. - Co ty tam robisz?
- Nie mogłem zasnąć.. - wzruszył ramionami. - A ty dlaczego nie śpisz tylko plujesz na niewinnych ludzi droga Julio? - uśmiechnął się. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z podobieństwa tej sytuacji do dramatu Szekspira.
- Mam ten sam problem co ty Romeo - odpowiedziałam.
- Tyko nie przypominam sobie, żeby w dramacie Julia pluła na Romea.. - zaśmiał się.
- Romeo! Czemuż ty jesteś Romeo! Wyrzecz się swego rodu, rzuć tę nazwę! Lub jeśli tego nie możesz uczynić, to przysiąż wiernym być mojej miłości, a ja przestanę być z krwi Kapuletów. - wyrecytowałam.
- Mamże przemówić czy też słuchać dalej? - odparł donośnym głosem. Wybuchnęłam jedynie śmiechem. - Idę się położyć.
- Chcesz już iść? Jeszcze ranek nie tak bliski, słowik to, a nie skowronek się zrywa..
- Dobranoc. - przerwał mi ze śmiechem i ruszył w stronę wejścia. Z wielkim bananem na twarzy wróciłam do łóżka i tym razem bez problemu zasnęłam.
W niedziele pobudka zaplanowana była już na 7. Każdy z grymasem na twarzy wstał, bo wiedzieliśmy, że z Igłą nie wygramy. Po śniadaniu pojechaliśmy na Gubałówkę, gdzie spędziliśmy dwie godziny. Długo dyskutowaliśmy na temat wchodzenia na Giewont. W końcu stwierdziliśmy, że musimy się rozdzielić. Ja z Iwoną i chłopakami wybraliśmy wycieczkę na największy szczyt w Tatrach. Chociaż miałam wątpliwości, musiałam przyznać, że uczucie, które towarzyszyło mi, gdy dotykałam krzyża było niesamowite. Po zejściu pojechaliśmy po dziewczyny i ruszyliśmy w drogę powrotną do Warszawy.
Kolejne tygodnie, mijały mi na przygotowaniach do ślubu. Chciałam, żeby wszystko było idealnie. Moja menadżerka nie dała mi jednak odpoczywać i załatwiała mi koncert przynajmniej jeden w ciągu dwóch tygodni. Od grudnia miałam też zacząć zdjęcia do nowego filmu. Siatkarze zaliczyli dobry start w tegorocznych Mistrzostwach i jak do tej pory szło im rewelacyjnie. Ian wrócił do USA, ale codziennie rozmawialiśmy przez telefon. Można byłoby powiedzieć, że wszystko układało się rewelacyjnie, gdyby nie ciągłe zawroty głowy z którymi miałam cały czas problem. Przy nadmiernym wysiłku czułam ból w klatce piersiowej, więc zwalniałam z tempem coraz bardziej. Może inni mają rację i naprawdę powinnam więcej odpoczywać? Na wszelki wypadek tydzień przed weselem zrobiłam wszystkie potrzebne badania i teraz jedynie czekałam na wyniki.
W końcu nadszedł dzień ślubu Laury i taty. Obudziłam sie już o 6 bo ze stresu nie mogłam spać.Wstałam szybko i założyłam wygodne ubranie. Zjadłam w biegu śniadanie i zaczęłam się upewniać, czy wszystko jest tak jak powinno. Ceremonia miała odbyć się o 16, ale już kilka godzin wcześniej zaczęli zjeżdżać się goście. Zajmowałam się wszystkim, od sprawdzania potraw do uspakajania Laury. Pół godziny przed rozpoczęciem przebrałam się i zeszłam na dół. Razem z kolegą taty jako pierwsi szliśmy między krzesełkami i zajęliśmy miejsca przy tacie. Rozległ się marsz Mandelsona i wszyscy wstali, czekając na Laurę. Po chwili ruszyła w naszym kierunku wolnym krokiem. Uśmiechnęłam się do niej przyjaźnie, żeby dodać jej odwagi.
Po ceremonii wszyscy zajęli miejsca przy długich stołach, między którymi było miejsce do tańczenia. Po obiedzie wszyscy ustawili się w kółku, w którym znajdował się tata i Laura.
- Pierwszy taniec mam za sobą. Teraz mogę się bawić. - powiedział tata, gdy się mijaliśmy. Zaśmiałam się i razem z Ianem wyszłam na parkiet.
Impreza trwała w najlepsze. Po północy, gdy spełniłam swój ostatni obowiązek, czyli organizacje oczepin mogłam się nareszcie wyluzować. Usiadłam przy siatkarzach, bo Ian doprowadził się do takiego stanu, że już smacznie spał w moim pokoju.
- Nasze wesele też musisz urządzić! - powiedział lekko wstawiony Pit, przytulając do siebie Olę.
- Nie ma sprawy. - odpowiedziałam uśmiechając się.
- Zatańczysz ze mną? - spytał Zbyszek. Skinęłam głową i wstałam lekko się chwiejąc. - Widzę, że trochę wypiłaś.
- Wiesz jak to jest być świadkową.. Każdy chce się z tobą napić.. - wzruszyłam ramionami.
- Tak właściwie to nie wiem jak to jest być świadkową, ale mogę sobie wyobrazić. - wyszczerzył się. - Jak się czuję Ian?
- Śpi.. - odparłam. - A gdzie masz Paulę? Nie widziałam jej przy stole..
- Poszła się położyć bo ją głowa bolała. - wyjaśnił. - Może pójdziemy sie przejść? - spytał nieśmiało.
- Z chęcią. - odparłam i razem z nim ruszyłam w stronę wyjścia.
- Nic nie widzę.. - szepnęłam, śmiejąc się. Po długim spacerze, zamówiliśmy taksówkę i przyjechaliśmy w "jego" miejsce
- Daj mi rękę. - wyciągnął w moją stronę dłoń.
- Nie bo jesteś pijany!
- Na pewno nie tak bardzo jak ty. - powiedział, łapiąc mnie. Szliśmy powoli w ciemnościach, przy czym słychać było jedynie mój cichy chichot. W końcu weszliśmy na znajomą skałę i zobaczyliśmy jezioro. Wchodząc potknęłam się o kamień przez co Zbyszek wybuchnął śmiechem.
- Pamiętasz jak skakaliśmy stąd?
- Pamiętam, ale nie podchodź bo wpadniesz.
- Traktujesz mnie jak dziecko.
- Przepraszam.
- Nie to nawet słodkie. Kiedyś było nam tak dobrze ze sobą.. Nie wiem dlaczego to się tak skończyło..
- Zarzuciłaś mi, że..
- Dobra, pamiętam. - przerwałam mu, siadając na wielkim głazie. - Cholernie tego żałuję, ale cieszę się, że jesteś z Paulą. Jest miła.
- Zaprzeczasz sama sobie. Żałujesz, czy się cieszysz?
- Żałuję ze względu na siebie, a ciesze się ze względu na ciebie.. Jest ode mnie ładniejsza i w ogóle jest idealna. O mój Boże.. Kręci mi się w głowie..
- Żałujesz, a mimo to chciałaś, żebyśmy zostali przyjaciółmi?
- Skarbie, a co innego miałam robić? Chciałam o ciebie walczyć, ale potem przyszedł tata z Laurą i Zosią, usiadł obok mnie i zaczął mówić, że mam dobre serce i nikogo bym nie skrzywdziła. Pomyślałam wtedy o Pauli, przecież ona mi nic nie zrobiła i nie mam prawa jej ciebie zabierać, bo to ja spieprzyłam..
- Czujesz jeszcze coś do mnie?
- Czy to jest przesłuchanie, panie władzo? Cały czas zadajesz mi pytania.. Czuje się osaczona.
- Jesteś pijana.. - zaśmiał się. - To nie jest przesłuchanie, więc jeśli nie chcesz to nie odpowiadaj..
- Jesteś idiotą.. - westchnęłam. - Jak możesz pytać o takie rzeczy.. To chyba jasne, że coś do ciebie czuję.. Jesteś pierwszym facetem, w którym się zakochałam tak wiesz.. Na serio..
Nie odpowiedział tylko patrzył na mnie. Czułam się skrępowana i powstrzymywałam się od śmiechu. Uspokój się. Nienawidziłam tego w sobie. W takich sytuacjach zamiast zachować się poważnie i porozmawiać na ciężkie tematy mi oczywiście chciało się śmiać. Nawet nie wiem kiedy jego usta znalazły się przy moich. Nawet nie wiem kiedy poczułam jego oddech na skórze. Wiedziałam jedynie, że teraz złączyliśmy się w namiętnym pocałunku, a jego ręce błądzą po moim ciele. Usiadłam na nim i przyciągnęłam go do siebie, wplatając palce w jego ciemne włosy. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, jak bardzo mi tego brakowało. Jego gorących ust, czy wielkich dłoni, które doprowadzały moje ciało do wrzenia. Nasz z początku namiętny pocałunek, przerodził się w drapieżny. Nie panowałam nad sobą. Poddałam się całkowicie instynktowi. On widocznie też, bo nimal zerwał ze mnie sukienkę, pozostawiając mnie jedynie w skąpej bieliźnie. Zdjęłam mu koszulę. Nie przestawał całować mojej szyi i ust. Ręką zmusiłam go do tego, żeby się położył, a następnie obdarowałam pocałunkami jego umięśnioną klatkę piersiową. Wróciłam do jego ust, a on zwinnie uporał się z zapinką biustonosza. Zamieniliśmy się miejscami i teraz to on był na górze. Zamknęłam oczy rozkoszując się przyjemnym uczuciem, którego był sprawcą...
- Co my zrobiliśmy? - spytałam, oddychając głęboko. Leżeliśmy w bieliźnie obok siebie i patrzyliśmy na niebo pełne gwiazd..
- Myślę, że to jest oczywis..
- Dobra wiem co zrobiliśmy. - przerwałam mu, wstając i sięgając po sukienkę. - Powinnam raczej zapytać czemu..
- Myślę, to to też jest oczy..
- Dobra, wiem czemu.. - znów mu przerwałam, szukając buta. - Sądzę, że powinniśmy jechać do domu. Najlepiej osobnymi taksówkami.
- Julka..
- Nie, Zbyszek. Posłuchaj.. Ja mam Iana, ty masz Paulę i właśnie ich zdradziliśmy. O mój Boże zdradziłam Iana.. - powiedziałam przerażona. Chyba dopiero teraz do mnie to dotarło.
- Kochasz go? - spytał, wstając i zakładając spodnie.
- To nie jest ważne. Wystarczy, że on mnie kocha, a ja go zdradziłam. A co z Paulą? Nie rozumiem dlaczego do niej wróciłeś skoro jej nie kochasz!
- A co miałem robić? Czekać, aż łaskawie uświadomisz sobie, że to nie ja powiedziałem o nas prasie? Nie odbierałaś telefonów, nie dawałaś znaku życia! Poza tym mógłbym spytać cię o to samo. Dlaczego związałaś się z Ianem skoro go nie kochasz?
- Nie mam ochoty ciągnąć dalej tej rozmowy. - wycedziłam przez zaciśnięte zęby i ruszyłam w kierunku drogi.
- Uciekasz bo wiesz dobrze, że mam racje!
- Masz racje! Jestem egoistką, ale ty robisz dokładnie to samo! Ja przynajmniej umiem się do tego przyznać. - krzyknęłam i odwróciłam się na pięcie. Nie chciałam dłużej prowadzić tej bezsensownej kłótni.
_____________________________
No i tak jak chciałyście coś między nimi zaszło :) Problem w tym, że znów się pokłócili :) Proszę o komentarze :) Do wtorku! :) I miłego pierwszego dnia w szkole :)
Na ulicach wzbudzaliśmy nie małą sensację i do karczmy dotarliśmy dopiero przed 21. Zajęliśmy miejsca w kącie, ale tutejsi górale, chyba nas nie rozpoznawali.
- Lubię to miejsce. - powiedział Igła, który nas tutaj przyprowadził.
- Pierwszy raz tutaj jestem, a w Zakopanem byłam milion razy. - zauważyłam, rozglądając się po wnętrzu.
- Może coś zamówimy? Umieram z głodu.. - westchnął Pit, otwierając kartę dań.
- Myślicie, że "Pierś z kaczki z żurawiną leśną na cyrwonym winie" będzie dobra? - spytałam, czytając po kolei menu.
- Jadłam i naprawdę polecam. - odpowiedziała Iwona. Złożyliśmy zamówienia i zaczęliśmy rozmawiać o nadchodzących Mistrzostwach Europy. Gdy kończyliśmy jedzenie zespół znajdujący się na scenie zaczął grać. Po chwili do naszego stolika podeszło dwóch górali. Jeden z nich wyciągnął do mnie rękę, czekając na moją zgodę. Rozejrzałam się i zobaczyłam, że drugi robi ten sam gest w kierunku Pauli. Podałam mu dłoń i razem wyszliśmy na środek karczmy. Popatrzyłam na innych i złapałam się pod boki. Paula zerknęła na mnie zdezorientowana i zrobiła to samo. Nasz cały stolik wstał i zaczął klaskać, a my po krótkiej chwili tańczyłyśmy jak urodzone góralki. Przy następnej piosence dołączyła do nas reszta i przez następne dwie godziny bawiliśmy się przy góralskiej muzyce. Do naszego domku wróciliśmy po północy. Wszyscy byliśmy zmęczeni i jedyne o czym myśleliśmy to łóżko. Wzięłam gorącą kąpiel i wskoczyłam na wielki materac, na którym leżał już Ian.
- Czemu masz taką minę? - spytałam, marszcząc brwi.
- Jestem szczęśliwy i jednocześnie zaskoczony bo nie wiedziałem, że umiesz tak tańczyć. - zaśmiał się lekko, po czym cmoknął mnie w nos.
- Nie śmiej się ze mnie bo tobie też nieźle szło. - pokazałam mu język.
- Jesteś cudowna. - mruknął.
- Wiem. - westchnęłam, a on się zaśmiał. Wtuliłam się w jego ramiona i nawet nie wiem kiedy odpłynęłam.
Następnego dnia obudził nas Igła, który zarządził pobudkę o 8. Ubrałam się i zeszłam na śniadanie, które czekało już na nas na stole.
- To co dzisiaj robimy? - spytał Winiar, zaspanym głosem.
- Na początek idziemy na Morskie Oko, potem wjedziemy na Kasprowy Wierch, a na końcu pójdziemy zobaczyć Siklawę. - wyrecytował Igła. Wiedzieliśmy, że wszystko zaplanował co do godziny, więc nikt nie odważył się zaproponować czegoś innego.
Zwiedzanie skończyliśmy o 18 i postanowiliśmy wybrać się na koncert zespołu "Raggafaya". Razem z Paulą i Olą dopchałyśmy się pod samą scenę i przez ponad godzinę śpiewałyśmy razem z nimi. W dobrych nastrojach wróciliśmy do domku i wszyscy zalegliśmy przed kominkiem. Justin przyniósł gitarę i na zmianę graliśmy na niej, a reszta pomagała nam śpiewać. Czułam się jakbym była na obozie. Nie chciałam, żeby ta chwila się kończyła. Nie przeszkadzał mi nawet widok Pauli i Zbyszka, którzy teraz siedzieli na dywanie oparci o kanapę. Czułam się członkiem jednej, wielkiej siatkarskiej rodziny.
Rozeszliśmy się do swoich pokoi o 1 w nocy. Leżałam próbując zasnąć, ale nie mogłam. W końcu postanowiłam zaczerpnąć trochę świeżego powietrza i wyszłam na balkon. Oparłam się o barierkę i popatrzyłam na Giewont, który rozpościerał się przede mną. W ustach wciąż miałam posmak miętowej pasty do zębów. Chciałam się go pozbyć i splunęłam w dół.
- Co jest? - usłyszałam cichy pomruk i w ciemnościach dostrzegłam Bartmana.
- Zbyszek? - szepnęłam cicho.
- To ty mnie oplułaś? - spytał zdezorientowany.
- Przepraszam.. Nie wiedziałam, że tam stoisz. - powiedziałam szybko i mimowolnie się zaśmiałam. Zrobił parę kroków do przodu i w końcu go zobaczyłam. Ubrany był w spodnie od piżamy i szarą bluzę. - Co ty tam robisz?
- Nie mogłem zasnąć.. - wzruszył ramionami. - A ty dlaczego nie śpisz tylko plujesz na niewinnych ludzi droga Julio? - uśmiechnął się. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z podobieństwa tej sytuacji do dramatu Szekspira.
- Mam ten sam problem co ty Romeo - odpowiedziałam.
- Tyko nie przypominam sobie, żeby w dramacie Julia pluła na Romea.. - zaśmiał się.
- Romeo! Czemuż ty jesteś Romeo! Wyrzecz się swego rodu, rzuć tę nazwę! Lub jeśli tego nie możesz uczynić, to przysiąż wiernym być mojej miłości, a ja przestanę być z krwi Kapuletów. - wyrecytowałam.
- Mamże przemówić czy też słuchać dalej? - odparł donośnym głosem. Wybuchnęłam jedynie śmiechem. - Idę się położyć.
- Chcesz już iść? Jeszcze ranek nie tak bliski, słowik to, a nie skowronek się zrywa..
- Dobranoc. - przerwał mi ze śmiechem i ruszył w stronę wejścia. Z wielkim bananem na twarzy wróciłam do łóżka i tym razem bez problemu zasnęłam.
W niedziele pobudka zaplanowana była już na 7. Każdy z grymasem na twarzy wstał, bo wiedzieliśmy, że z Igłą nie wygramy. Po śniadaniu pojechaliśmy na Gubałówkę, gdzie spędziliśmy dwie godziny. Długo dyskutowaliśmy na temat wchodzenia na Giewont. W końcu stwierdziliśmy, że musimy się rozdzielić. Ja z Iwoną i chłopakami wybraliśmy wycieczkę na największy szczyt w Tatrach. Chociaż miałam wątpliwości, musiałam przyznać, że uczucie, które towarzyszyło mi, gdy dotykałam krzyża było niesamowite. Po zejściu pojechaliśmy po dziewczyny i ruszyliśmy w drogę powrotną do Warszawy.
Kolejne tygodnie, mijały mi na przygotowaniach do ślubu. Chciałam, żeby wszystko było idealnie. Moja menadżerka nie dała mi jednak odpoczywać i załatwiała mi koncert przynajmniej jeden w ciągu dwóch tygodni. Od grudnia miałam też zacząć zdjęcia do nowego filmu. Siatkarze zaliczyli dobry start w tegorocznych Mistrzostwach i jak do tej pory szło im rewelacyjnie. Ian wrócił do USA, ale codziennie rozmawialiśmy przez telefon. Można byłoby powiedzieć, że wszystko układało się rewelacyjnie, gdyby nie ciągłe zawroty głowy z którymi miałam cały czas problem. Przy nadmiernym wysiłku czułam ból w klatce piersiowej, więc zwalniałam z tempem coraz bardziej. Może inni mają rację i naprawdę powinnam więcej odpoczywać? Na wszelki wypadek tydzień przed weselem zrobiłam wszystkie potrzebne badania i teraz jedynie czekałam na wyniki.
W końcu nadszedł dzień ślubu Laury i taty. Obudziłam sie już o 6 bo ze stresu nie mogłam spać.Wstałam szybko i założyłam wygodne ubranie. Zjadłam w biegu śniadanie i zaczęłam się upewniać, czy wszystko jest tak jak powinno. Ceremonia miała odbyć się o 16, ale już kilka godzin wcześniej zaczęli zjeżdżać się goście. Zajmowałam się wszystkim, od sprawdzania potraw do uspakajania Laury. Pół godziny przed rozpoczęciem przebrałam się i zeszłam na dół. Razem z kolegą taty jako pierwsi szliśmy między krzesełkami i zajęliśmy miejsca przy tacie. Rozległ się marsz Mandelsona i wszyscy wstali, czekając na Laurę. Po chwili ruszyła w naszym kierunku wolnym krokiem. Uśmiechnęłam się do niej przyjaźnie, żeby dodać jej odwagi.
Po ceremonii wszyscy zajęli miejsca przy długich stołach, między którymi było miejsce do tańczenia. Po obiedzie wszyscy ustawili się w kółku, w którym znajdował się tata i Laura.
- Pierwszy taniec mam za sobą. Teraz mogę się bawić. - powiedział tata, gdy się mijaliśmy. Zaśmiałam się i razem z Ianem wyszłam na parkiet.
Impreza trwała w najlepsze. Po północy, gdy spełniłam swój ostatni obowiązek, czyli organizacje oczepin mogłam się nareszcie wyluzować. Usiadłam przy siatkarzach, bo Ian doprowadził się do takiego stanu, że już smacznie spał w moim pokoju.
- Nasze wesele też musisz urządzić! - powiedział lekko wstawiony Pit, przytulając do siebie Olę.
- Nie ma sprawy. - odpowiedziałam uśmiechając się.
- Zatańczysz ze mną? - spytał Zbyszek. Skinęłam głową i wstałam lekko się chwiejąc. - Widzę, że trochę wypiłaś.
- Wiesz jak to jest być świadkową.. Każdy chce się z tobą napić.. - wzruszyłam ramionami.
- Tak właściwie to nie wiem jak to jest być świadkową, ale mogę sobie wyobrazić. - wyszczerzył się. - Jak się czuję Ian?
- Śpi.. - odparłam. - A gdzie masz Paulę? Nie widziałam jej przy stole..
- Poszła się położyć bo ją głowa bolała. - wyjaśnił. - Może pójdziemy sie przejść? - spytał nieśmiało.
- Z chęcią. - odparłam i razem z nim ruszyłam w stronę wyjścia.
- Nic nie widzę.. - szepnęłam, śmiejąc się. Po długim spacerze, zamówiliśmy taksówkę i przyjechaliśmy w "jego" miejsce
- Daj mi rękę. - wyciągnął w moją stronę dłoń.
- Nie bo jesteś pijany!
- Na pewno nie tak bardzo jak ty. - powiedział, łapiąc mnie. Szliśmy powoli w ciemnościach, przy czym słychać było jedynie mój cichy chichot. W końcu weszliśmy na znajomą skałę i zobaczyliśmy jezioro. Wchodząc potknęłam się o kamień przez co Zbyszek wybuchnął śmiechem.
- Pamiętasz jak skakaliśmy stąd?
- Pamiętam, ale nie podchodź bo wpadniesz.
- Traktujesz mnie jak dziecko.
- Przepraszam.
- Nie to nawet słodkie. Kiedyś było nam tak dobrze ze sobą.. Nie wiem dlaczego to się tak skończyło..
- Zarzuciłaś mi, że..
- Dobra, pamiętam. - przerwałam mu, siadając na wielkim głazie. - Cholernie tego żałuję, ale cieszę się, że jesteś z Paulą. Jest miła.
- Zaprzeczasz sama sobie. Żałujesz, czy się cieszysz?
- Żałuję ze względu na siebie, a ciesze się ze względu na ciebie.. Jest ode mnie ładniejsza i w ogóle jest idealna. O mój Boże.. Kręci mi się w głowie..
- Żałujesz, a mimo to chciałaś, żebyśmy zostali przyjaciółmi?
- Skarbie, a co innego miałam robić? Chciałam o ciebie walczyć, ale potem przyszedł tata z Laurą i Zosią, usiadł obok mnie i zaczął mówić, że mam dobre serce i nikogo bym nie skrzywdziła. Pomyślałam wtedy o Pauli, przecież ona mi nic nie zrobiła i nie mam prawa jej ciebie zabierać, bo to ja spieprzyłam..
- Czujesz jeszcze coś do mnie?
- Czy to jest przesłuchanie, panie władzo? Cały czas zadajesz mi pytania.. Czuje się osaczona.
- Jesteś pijana.. - zaśmiał się. - To nie jest przesłuchanie, więc jeśli nie chcesz to nie odpowiadaj..
- Jesteś idiotą.. - westchnęłam. - Jak możesz pytać o takie rzeczy.. To chyba jasne, że coś do ciebie czuję.. Jesteś pierwszym facetem, w którym się zakochałam tak wiesz.. Na serio..
Nie odpowiedział tylko patrzył na mnie. Czułam się skrępowana i powstrzymywałam się od śmiechu. Uspokój się. Nienawidziłam tego w sobie. W takich sytuacjach zamiast zachować się poważnie i porozmawiać na ciężkie tematy mi oczywiście chciało się śmiać. Nawet nie wiem kiedy jego usta znalazły się przy moich. Nawet nie wiem kiedy poczułam jego oddech na skórze. Wiedziałam jedynie, że teraz złączyliśmy się w namiętnym pocałunku, a jego ręce błądzą po moim ciele. Usiadłam na nim i przyciągnęłam go do siebie, wplatając palce w jego ciemne włosy. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, jak bardzo mi tego brakowało. Jego gorących ust, czy wielkich dłoni, które doprowadzały moje ciało do wrzenia. Nasz z początku namiętny pocałunek, przerodził się w drapieżny. Nie panowałam nad sobą. Poddałam się całkowicie instynktowi. On widocznie też, bo nimal zerwał ze mnie sukienkę, pozostawiając mnie jedynie w skąpej bieliźnie. Zdjęłam mu koszulę. Nie przestawał całować mojej szyi i ust. Ręką zmusiłam go do tego, żeby się położył, a następnie obdarowałam pocałunkami jego umięśnioną klatkę piersiową. Wróciłam do jego ust, a on zwinnie uporał się z zapinką biustonosza. Zamieniliśmy się miejscami i teraz to on był na górze. Zamknęłam oczy rozkoszując się przyjemnym uczuciem, którego był sprawcą...
- Co my zrobiliśmy? - spytałam, oddychając głęboko. Leżeliśmy w bieliźnie obok siebie i patrzyliśmy na niebo pełne gwiazd..
- Myślę, że to jest oczywis..
- Dobra wiem co zrobiliśmy. - przerwałam mu, wstając i sięgając po sukienkę. - Powinnam raczej zapytać czemu..
- Myślę, to to też jest oczy..
- Dobra, wiem czemu.. - znów mu przerwałam, szukając buta. - Sądzę, że powinniśmy jechać do domu. Najlepiej osobnymi taksówkami.
- Julka..
- Nie, Zbyszek. Posłuchaj.. Ja mam Iana, ty masz Paulę i właśnie ich zdradziliśmy. O mój Boże zdradziłam Iana.. - powiedziałam przerażona. Chyba dopiero teraz do mnie to dotarło.
- Kochasz go? - spytał, wstając i zakładając spodnie.
- To nie jest ważne. Wystarczy, że on mnie kocha, a ja go zdradziłam. A co z Paulą? Nie rozumiem dlaczego do niej wróciłeś skoro jej nie kochasz!
- A co miałem robić? Czekać, aż łaskawie uświadomisz sobie, że to nie ja powiedziałem o nas prasie? Nie odbierałaś telefonów, nie dawałaś znaku życia! Poza tym mógłbym spytać cię o to samo. Dlaczego związałaś się z Ianem skoro go nie kochasz?
- Nie mam ochoty ciągnąć dalej tej rozmowy. - wycedziłam przez zaciśnięte zęby i ruszyłam w kierunku drogi.
- Uciekasz bo wiesz dobrze, że mam racje!
- Masz racje! Jestem egoistką, ale ty robisz dokładnie to samo! Ja przynajmniej umiem się do tego przyznać. - krzyknęłam i odwróciłam się na pięcie. Nie chciałam dłużej prowadzić tej bezsensownej kłótni.
_____________________________
No i tak jak chciałyście coś między nimi zaszło :) Problem w tym, że znów się pokłócili :) Proszę o komentarze :) Do wtorku! :) I miłego pierwszego dnia w szkole :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)